Art of the Deal, czyli sztuka robienia interesów

To już druga książka pióra Donalda Trumpa, obecnego prezydenta USA, wydana przez Fijorr Publishing. Chcemy nią przypomnieć, że włodarz Białego Domu to jednak przedsiębiorca, do tego dobry biznesmen, o czym świadczy chociażby zgromadzona przez p. Trumpa fortuna (10 miliardów dolarów)!

Art of the Deal to zapis okoliczności, jakie towarzyszyły  jej powstaniu.

 

SIŁA PRAGNIENIA

Jest takie amerykańskie powiedzenie: kto sobie poradzi w NYC, ten sobie poradzi wszędzie. Autor książki, którą oddajemy w Państwa ręce, Donald J. Trump, jest podręcznikowym dowodem prawdziwości tych słów.

x

Przez 17 lat mojego życia w Ameryce Oprah Winfrey nie stała się kobietą z mojej bajki. Obejrzałem kilka jej programów, ale nie przypadły mi do gustu: ckliwe, banalne, a prowadząca stronnicza; zawsze stawała po stronie biednych i pokrzywdzonych, przeciwko biznesowi i kapitalizmowi. Jednakże jeden jej wywiad utkwił mi w pamięci na lata. Zrobiła w nim odstępstwo od swoich standardów. Była zaciekawiona rozmówcą, mimo iż był nim bogaty biznesmen z branży nieruchomości. W normalnych warunkach, dossier wywiadu zawierałoby terminy w rodzaju: wyzysk, chciwość czy odtrącenie, a tymczasem Oprah słuchała z zainteresowaniem o sukcesach tego człowieka i jego planach na przyszłość. Rozmówcą wielkiej „O” w owym show był wchodzący wtedy do nowojorskiego przedsionka sławy, coraz bardziej popularny przedsiębiorca, biznesmen i wizjoner: Donald J. Trump. Był rok 1988. Trump miał niewiele ponad 40 lat, był już miliarderem. Pretekstem do rozmowy było otwarcie jego flagowej budowli, Trump Tower (1987) przy Park Avenue w NYC, a także ukazanie się bestsellera Art of the Deal, czyli sztuka robienia interesów (1987). Tego samego, który trzymają właśnie Państwo w swoich rękach.

x

Rok 1988 był trzecim rokiem mojego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Mimo iż sam również zajmowałem się nieruchomościami, o Trumpie nigdy nie słyszałem. Między tym, co robił on (lodowisko Wallman w Central Parku, przebudowa Holiday Inn w centrum NYC, czy niebosiężne wieżowce Manhattanu) a tym, co robiłem ja, była przepaść; kompletnie inna liga! Zapewne dlatego Trump stał się moim guru, zaś jego książka mentalnym przewodnikiem po sposobach robienia biznesu.

The Art of the Deal kupiłem następnego ranka i czytałem do późnego wieczora. Po trzech latach lęków, jakie towarzyszą każdemu imigrantowi, poczułem, że oto zostałem wprowadzony na drogę spokoju. Ta niewielka rozmiarem książeczka, w miękkiej oprawie, z fotografią autora na okładce, towarzyszyła mi niemal przez cały pobyt w Ameryce. Tyle pożytecznych uwag na temat nieruchomości i biznesu nikt mi nigdy nie dostarczył. Dlaczego nie wydałem jej zaraz po uruchomieniu Fijorr Publishing? Miałem to w planie, proszę mi wierzyć, mimo to wielokrotnie odkładałem na później, uważając, że Mises, Rothbard, Hoppe czy Skousen są jednak polskiemu czytelnikowi bardziej potrzebni. I chociaż lektura Trumpa zapadła głęboko w moją świadomość, książki ostatecznie nie wydałem. Do teraz…

Przypomniałem sobie o niej znowu przy okazji spotkania z Donaldem J. Trumpem podczas konferencji Freedom Fest w Las Vegas, na początku lipca 2015 roku, tuż po tym, kiedy krezus nowojorskiego rynku nieruchomości ogłosił, iż pragnie zostać prezydentem największego kraju świata, Stanów Zjednoczonych.

x

Kiedy w tamto lipcowe przedpołudnie 2015 roku, w gigantycznym audytorium kurortu Planet Hollywood, zaczął swą mowę, gdy po jej zakończeniu trzytysięczna widownia uczestników konferencji zgotowała mu wielominutową owację na stojąco, zrozumiałem, że to ON – a nie ikona lewicy, murowana faworytka mediów, lwica establishmentu, Hillary Rodham Clinton – zostanie prezydentem USA.

I chociaż cała jego późniejsza kampania to jeden wielki „roller coaster”, w którym amerykański establishment stawał na głowie, aby kandydata Trumpa utrącić, ośmieszyć, czy wręcz zastraszyć, nie miałem najmniejszej wątpliwości, że 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych zostanie właśnie DJT.

Miałem bowiem w pamięci słowa Trumpa wypowiedziane na zakończenie rozmowy z Oprą Winfrey. Gdy „O” w 1988 roku zapytała go, czy zamierza kiedykolwiek wystartować na prezydenta, bez cienia kokieterii odrzekł:

– Raczej nie… chyba że będę przekonany, iż wygram. Muszę być tego pewny. Cholernie nie lubię przegrywać.

Jak bumerang powrócił motyw wydania Sztuki robienia interesów. Skontaktowałem się z wydawcą książki, złożyłem ofertę i gdy już miałem zapiąć ten deal, otrzymałem z mojego szczęśliwego wydawnictwa, Simon and Schuster, ofertę nie do odrzucenia. Była to rzadka[1] jak na amerykański rynek wydawniczy propozycja zakupu praw autorskich do książki Donalda J. Trumpa Crippled America. How to Make America Great Again[2]. To naprawdę była propozycja nie do odrzucenia, w efekcie Sztukę robienia interesów odłożyłem po raz kolejny. Tym razem już po raz ostatni!

W listopadzie 2015 roku, tydzień po ukazaniu się jej w Ameryce, rozpocząłem pracę nad biografią biznesowo-polityczną Trumpa. Targały mną sprzeczne uczucia. Media głównego nurtu huczały od podziwu i poparcia dla HRC. Trumpem zaś pogardzały, ośmieszając go i szydząc. Redaktorzy Pieńkowska, Kraśko, Lis i wielu innych Trumpa nie brali w ogóle pod uwagę. A mimo to ani przez chwilę w niego nie zwątpiłem. Książka była gotowa już w sierpniu 2016 roku. Czekałem z terminem wydania na konwencję republikańską i oficjalną nominację kandydata T. Dla dodania pikanterii tej sytuacji, jako urodzony kontrarianin, zmieniłem tytuł książki na Donald J. Trump – Prezydent Biznesmen, aby nikt nie miał wątpliwości, że 8 listopada 2016 w wyborach prezydenckich w USA stawiam na Trumpa. Opatrzyłem książkę wstępem, który był jedną wielką laudacją dla zwycięzcy, czyli Donalda J., i 21 września 2016, na 7 tygodni przed wyborami, posłaliśmy cały nakład do hurtowni i księgarń, wysyłając na adres Trump Tower paczuszkę z sześcioma egzemplarzami dla autora.

Ku naszemu zaskoczeniu, książka spotkała się z obojętnością, żeby nie powiedzieć: wrogością. Kilka hurtowni nie przyjęło jej do sprzedaży. Ten facet nie ma szans – powiedziała kierowniczka jednej z wiodących sieci księgarń.

Co prawda przez całą noc z 8 na 9 listopada 2016 nie zmrużyłem oka, a ciśnienie miałem podniesione, lecz satysfakcja z prawidłowego odczytania intencji wyborców Ameryki była dla nas wspaniałą rekompensatą. Już w dzień po wyborach hurtownie i księgarnie zmieniły zdanie, a my  wróciliśmy do negocjacji The Art Of the Deal w obawie, by ktoś nam tego tytułu nie sprzątnął. Opóźnienie kosztowało nas kilkaset dolarów, o tyle bowiem podrożały prawa. Autor stał się bardziej markowy, ale zdążyliśmy.

x

Gdyby nawet Trump przegrał, The Art of the Deal, czyli sztuka robienia interesów musiała stać się następną pozycją Fijorr Publishing.

Ale jak mógłby przegrać, skoro całe życie Donalda J. Trumpa toczy się według zasady, że warunkiem sukcesu jest pożądanie go i niezgoda na porażkę. Chcesz coś w życiu osiągnąć, osiągaj. Ze wszystkich sił. Lękasz się, masz wątpliwości – w porządku, to są ludzkie odruchy, nie daj się im zdominować. Trump był pierwszym autorem, który uświadomił mi, że najważniejszym elementami powodzenia w interesach jest (a) klient, dla którego pracujemy, który jest naszym bossem i suwerenem; i (b) konkurent, czyli sojusznik, pozwalający nam na doskonalenie, a klientom na docenienie naszych umiejętności.

Trump jest perfekcjonistą. Zanim przeczytałem The Art of the Deal, nie rozróżniałem perfekcjonizmu od profesjonalizmu. Wydawało mi się, że jest to kwestia charakteru; bywają ludzie pedantyczni, dokładni, bywają i fantazyjni. Od czasu lektury Trumpa zrozumiałem, że profesjonalizm jest wyrazem szacunku dla klienta, dla jego potrzeb i dla nas samych, dla naszej pracy. Zrozumiałem też, dlaczego tak ogromną wagę przykłada do zimnej krwi i opanowania, traktując je jako elementy profesjonalizmu. I chociaż z trudem udaje mi się poskromić w sobie sangwinika, dzięki niemu wiem, że pośpiech, bylejakość i nadmiar emocji to w biznesie porażka.

Donald Trump imponuje mi przedsiębiorczością, przebojowością, graniczącą z agresją skutecznością działania, a przede wszystkim – niechęcią do poprawności politycznej. Jest odważny w formułowaniu i głoszeniu poglądów powszechnie uznawanych za niepopularne. To on powiedział kiedyś, że kłamie tylko tchórz i nieudacznik. Że ludzie znający swoją wartość nie boją się prawdy. Podobnego zdania byli zapewne wyborcy, którzy w listopadzie 2016 roku – często wbrew dotychczasowym nawykom i stereotypom – woleli „obrzydliwie” bogatego i niedoświadczonego Trumpa, niż pokrętną i „doświadczoną” kobietę; biznesmena zamiast polityka. Człowieka czynu dbającego o reputację, zamiast przedstawicielki waszyngtońskich elit i salonów.

x

Jak to możliwe, że temu facetowi wszystko się udaje? – spytał mnie jeden z przyjaciół.

To proste – odpowiedziałem – gdy ten facet czegoś chce, to chce tego bardzo. Po przeczytaniu The Art of the Deal kupiłem swój czwarty dom w ciągu dwóch lat. Miałem wątpliwości, czy przypadkiem nie za szybko wchodzę w paszczę lwa. Rozwiał je Trump, pisząc, że jeśli się czegoś pragnie, to się to przeważnie zdobywa. Ilekroć utraciłem wiarę w powodzenie, ilekroć zwątpiłem, tylekroć dopadała mnie klęska. Więc robiłem wszystko, żeby nie wątpić. Trump pokazał mi, jak ważna jest taka motywacja.

Najpierw chciał przekonać ojca, że jest dobrym synem, który wziął do serca jego lekcje. Ojca miał mądrego, bo ten dostrzegł te starania. Potem była rodzina, a właściwie dzieci. W tej dziedzinie też chciał być lepszy. To nie przypadek, że właśnie rodzina zjednała mu w czasie kampanii wyborczej taką sympatię. Facet, który tak dba o bliskich, o dzieci, o dom, musi być wiarygodny. Gorzej było z żonami. Nie zawsze sobie z nimi radził. Rozwód z Ivaną Trump, z którą miał trójkę dzieci, nie był powodem zwątpienia w wartości rodzinne, lecz skutkiem kryzysu w interesie. Otarł się o bankructwo, europejska małżonka nie umiała sobie z tym poradzić, być może on też nie umiał. Mimo rozwodu łączyły ich wzorowe stosunki, wspólne wychowywanie dzieci. One mu wybaczyły rozwód i kolejne małżeństwa: najpierw z Amerykanką Marlą, potem znowu z Europejką Melanią, obywatelką Słowenii, obecną Pierwszą Damą.

Potem nadszedł okres sławy. Stał się znany, marka Trump znaczyła wiele. W każdym większym mieście wznosił „pomniki” swojej firmy. Zaczął wywoływać zawiść. Podpadł mediom. Na pewno stał się zbyt narcystyczny, zbyt pewny siebie. Nigdy jednak nie był pyszałkowaty – to świadczyłoby o braku profesjonalizmu i złamaniu zasad.

Mimo iż działał w tak lewicowym środowisku, jak Nowy Jork, jest symbolem kapitalizmu. Konkurenci zazdrościli mu niezależności. Trump jest prawdziwym self-made manem. Do wszystkiego doszedł sam. Większość tego, co zbudował, robił na zamówienie prywatnych odbiorców albo dla siebie. Nie bratał się z rządem, z politykami, a jeśli już, to po to, by dowieść, że biznesmen to ktoś więcej niż polityk czy lobbysta. Kochał swoje miasto: Nowemu Jorkowi pomógł więcej, niż Nowy Jork pomógł jemu.

Potem przyszła oszałamiająca kariera telewizyjna. Wielki sukces programu Praktykant. Złośliwe media Trumpowskie parcie na szkło tłumaczyły próżnością. Tymczasem nie to było głównym motywem jego obecności w mediach: Trump chciał uczyć i bawić ludzi, bo wtedy ludzie pomogą jemu. Nie było w tym nic złego.

Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku zetknął się z nowojorskim kartelem bankowym i finansowym. Poznał siłę establishmentu, jego bezwzględność, a niekiedy i okrucieństwo. O mały włos nie padłby ofiarą zmowy konkurentów. Na szczęście z wszystkich tych starć wychodził zwycięsko. Chciał się tym zwycięstwem podzielić ze światem. Chciał być coachem i mentorem dla innych biznesmenów. Zaczęły go porywać sprawy publiczne. Delikatnie próbował smakować politykę.

W myśl zasady: „zaczynam robić coś tylko wtedy, gdy nie mam wątpliwości, że mi się to uda”, zajął się sferą publiczną. Pomagał weteranom wojennym, utalentowanym młodym ludziom, zaangażował się w dobroczynność na rzecz nowojorczyków. To były testy, których kulminacją stała się decyzja podjęta 16 czerwca 2015, kiedy ogłosił swój udział w walce o fotel prezydenta USA. Hasło: „przywróćmy Ameryce wielkość” stało się głównym motywem jego kampanii. Mimo to obserwatorzy medialni i politolodzy uważali, że to jakiś ponury żart. Ale to nie był żart. Pragnienie bycia prezydentem i wpływania na los ojczyzny, znajdującej się od kilkunastu lat na zakręcie, było w nim tak mocne, że zwyciężył. Wygrał, mimo iż establishment zabronił mu zostać prezydentem. Nie brakło mu uporu, konsekwencji, nie przestraszyły go napastliwe ataki mediów, a nawet groźby przeciwników. Uwierzył w ludzi, oni uwierzyli w niego. Klasa facet!

Miłej lektury!

Jan M. Fijor

Chicago, w urodziny Donalda J. Trumpa, 14 czerwca 2017

[1] Najprawdopodobniej agenci Simon and Schuster otrzymali kosza od mainstreamowych wydawnictw polskich, które przez całą kampanię prezydencką 2016 roku były przekonane, że to Hillary Clinton wygra, i znając moje zamiłowanie do ryzyka i trudnych wyzwań, udali się z ofertą do mnie. Jak się okazało – całkiem słusznie.

[2] Donald Trump Prezydent Biznesmen to swego rodzaju biografia biznesowo-polityczna Donalda Trumpa.

Tagi: , , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis

Komentarze

  1. Odpowiedz

    Bardzo interesujący wpis, który może otworzyć oczy. Myślę, że prędzej, czy później przeczytam całą książkę, a wtedy na pewno dam znać!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

0 udostępnień