Ziemia Obiecana, czyli prawda o Święcie Dziękczynienia

Dzisiaj (23 listopada 2017) Amerykanie po raz 153. obchodzą Święto  Dziękczynienia – najbardziej amerykańskie spośród świąt celebrowanych w Nowym Świecie. Nazywane jest niekiedy Świętem Emigrantów, ludzi którzy przybyli do Ameryki, w poszukiwaniu lepszego, bardziej godziwego żywota  dla siebie, i swych rodzin.

ZIEMIA OBIECANA

Stany Zjednoczone to okupione potem, wyrzeczeniami, a także krwią emigrantów  m a r z e n i e  o  Ziemi Obiecanej, ojczyźnie swobód i wolności.

Patrick Henry

Indyki i emigranci…

A wszystko zaczęło się w początkach XVII wieku, gdy na niewielkim stateczku “Mayflower” dotarła do wybrzeży grupa legendarnych Pielgrzymów…

Debaty religijne w szesnastowiecznej Anglii nie zakończyły się na  stworzeniu przez Henryka VIII Kościoła Anglikańskiego i oderwaniu się miejscowej hierarchii od katolicyzmu i Rzymu. Część wiernych królowi Anglikanów – nazywano ich Purytanami – wciąż uznawała nowy Kościół za zbyt papieski, domagając się głębszej reformacji, czyli oczyszczenia go z jakichkolwiek naleciałości Stolicy Watykańskich. Jednakże nawet wśród Purytanów nie było zgody, zwłaszcza w kwestiach obrzędów religijnych i interpretacji Ewangelii. Rozbieżności te doprowadziły w krótkim czasie do wyodrębnienia się kolejnej schizmy; od Purytanów oderwała się sekta “Separatystów”. Jej  ortodoksyjność była tak skrajna, że bardzo szybko popadli w niełaskę króla, ktorego boskość otwarcie negowali. Skutkiem niełaski monarchy  zostali oficjalnie zdelegalizowani. W trosce o własne głowy musieli Anglię opuścić. Osiedlili się w okolicach Lejdy, w Niderlandach, gdzie  przyjęto ich tyleż życzliwym, co ze zrozumieniem.

Kilkanaście lat spędzonych w warunkach spokoju i beztroskiej tolerancji, doprowadziło do częściowego wynarodowienia się “Separatystów”, sekty mimo wszystko szalenie brytyjskiej. Jej przywódcy, w obawie przed całkowitą asymilacją postanowili działać. Nie mogąc wrócić do Anglii, zdecydowali się rozpocząć nowe życie po drugiej stronie Atlantyku, na ziemiach należących do brytyjskiej Korony. Liczyli po cichu na to, że ich to w oczach króla i Korony nieco zrehabilituje, że w ten sposób odzyskają utracony przed laty brytyjski status obywatelski.

Od bogatych kupców zrzeszonych w “Virginia Company of Plymouth”, z którą “Separatyści” zwani odtąd “Pielgrzymami” podpisali umowę na współpracę gospodarczą, otrzymali pieniądze na zakup dwóch statków ; jeden z nich nazywał się “Mayflower”, drugi “Speedwell”. Ta miniflotylla wyruszyła w swą dziewiczą podróż do kolonii, 5 sierpnia 1620 roku. Wkrótce jednak okazało się, że   “Speedwell” to nie tylko statek wolny i niezgułowaty, ale co gorsza, dziurawy, dlatego mocno przeciekał. Pielgrzymi zawrócili więc do Anglii, przepakowali się, i w miesiąc póŹniej, tym razem już tylko na “Mayflower” wyruszyli do Ameryki. Było ich zaledwie 102 osoby, z czego aż 34 stanowiły dzieci, drugie tyle załoga. Zaledwie trzecia część śmiałków wyjechała do Ameryki z pobudek religijnych, pozostali szukali tam przygody i pieniędzy.

Po 66 dniach burzliwej podróży dotarli wreszcie do wybrzeży Nowego Świata, w okolice Cape Cod. Warunki pogodowe samego lądowania były przerażające; silne sztormy, śnieżyce, trzaskające mrozy, ale może właśnie dzięki podłej pogodzie wyprawa zakończyła się dla nich tak stosunkowo pomyślnie.

Część pasażerów “Mayflower”, tych nie związanych z Pielgrzymami więzami wiary usiłowała, tuż po wyjściu na ląd, zerwać postanowienia umowy z “Virginia Company”, “urwać się” i działać na własną rękę. Nie zrobili tego pod wpływem apeli przywódców religijnych grupy, Carvera i Bradforda, których koronnych argumentem za utrzymaniem jedności była właśnie pogoda, a więc to, że szanse przeżycia istnieją tylko w grupie.

Ustalenie dokładnej daty zejścia pasażerów “Mayflower” na amerykański ląd w pobliżu miejsca znanego dzisiaj jako “Plymouth Rock”, ze względu na wprowadzone około sto lat później zmiany kalendarza przysparza historykom nieco trudności. Przyjmuje się jednak, że nastąpiło to 21 grudnia 1620 roku. Sama “legenda” tego zdarzenia, wraz ze…skałą upamiętniającą  rzekomo moment wyjścia na ląd, powstała dopiero 150 lat później.

Jak się można domyślać, nie wszyscy pasażerowie czy załoganci “Mayflower” to ludzie religijni. Niektórzy z nich byli do członków sekty wręcz nastawieni wrogo, głośno ich krytykowali, dopuszczano się nawet prób buntu. Na szczęście dla nich, i dla reszty grupy szanse przeżycia w pojedynkę były znikome. O ile Pielgrzymów trzymała razem, i można powiedzieć, w znacznym stopniu organizowała wspólna wiara i przekonanie o boskości wyprawy, o tyle buntownicy i dysydenci potrzebowali racji i argumentów pochodzenia ziemskiego. Właśnie dla nich przygotowano historyczną umowę znaną jako “Mayflower compact”, będącą swoistą konstytucją nowo sformowanej kolonii. Był to dokument cywilny, który – jak twierdzi większość historyków – stał się później bazą prawną dalszego osadnictwa, trwałym fundamentem nowego, potężnego państwa, które miało się tam narodzić w niespełna półtora wieku po wylądowaniu Pielgrzymów.

“Mayflower Compact” zobowiązywała wszystkich kolonistów do wspólnego zamieszkania i działania (w jedności siła!), pod rygorem odpowiedzialności materialnej i kary pozbawienia wolności. Już choćby z tego względu, twierdzą historycy, uważana być powinna za kamień węgielny amerykańskiej demokracji. Symbolicznym jej ukoronowaniem ma być wspomniane na wstępie Święto Dziękczynienia.

Jedna z pierwszych legend czy amerykańskich przypowieści historycznych głosi m.in. że zima 1620/21 dała się osadnikom mocno we znaki. Ze względu na trudności terenowe, brak możliwości budowy domostw, ale i strach przed Indianami, do marca mieszkali na statku; wilgoć, wichry, braki żywności przetrzebiły ich znacznie. Spośród 102  kolonistów aż 52 nie dożyło pierwszej wiosny. Reszta zawdzięcza swój szczęśliwy los życzliwości okazanej przez tubylców, którzy ich dokarmiali, między innymi mięsem dzikich indyków. Rzym uratowały gęsi, Amerykę zaś indyki.

Na pamiątkę szczęśliwego wydarzenia, w 1864 roku prezydent Lincoln proklamował dzień 21 grudnia świętem narodowym, Świętem Dziękczynienia. Wiele lat później, w 1939 roku prezydent Roosevelt przesunął jego obchody na czwarty czwartek listopada, przedłużając w ten sposób świąteczny, Bożonarodzeniowy sezon handlowy. Najgorzej na tym wszystkim wypadły same indyki. Dzisiaj, na obiad świąteczny w Święto Dziękczynienia stanowią one w Stanach Zjednoczonych danie główne i obowiązkowe.

O pochodzeniu tej tradycji wie każde amerykańskie dziecko, wysysa ją, jakbyśmy to obrazowo powiedzieli, z mlekiem matki. Tymczasem, jak to często z obrazowymi opowieściami bywa, między legendą a prawdą istnieją pewne istotne rozbieżnosci. Świadczą o nich chociażby – odnalezione stosunkowo niedawno – fragmenty pamiętnika Williama Bradforda, byłego gubernatora nowej kolonii, człowieka, który na stanowisku tym zasiadał przez 30 kadencji z rzędu; zmarł w w Plymouth (obecnie w stanie Massachusetts) w 1657 roku. Bradford był drugim gubernatorem kolonii, pierwszym był John Carver, jeden z tych, co to wiosny nie doczekali.

Zima 1620/21 roku była rzeczywiście ciężka. Gdyby nie solidarność osadników, gdyby nie wymuszona przez “Mayflower compact” jedność, kto wie, może nie przeżyłby żaden z nich. Umowa przewidywała m.in. że każdy jej sygnatariusz jest współwłaścicielem terenów przynależnych do kolonii, ma identyczne prawa, w tym prawo do głosowania, prawo do podziału dochodów, do podziału żywności i innych wspólnych zasobów. Każdy z osadników był, jak byśmy to powiedzieli współcześnie, udziałowcem, albo trafniej: członkiem spółdzielni znanej, jako “Plymouth Colony”.

Historycy utrzymują, że takie zasady działania obowiązywały przynajmniej przez pierwsze kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat. W niektórych esejach nazywa się wprawdzie kolonię “komuną”, zaś “Mayflower compact” świadectwem “kongregacyjno – komunistycznego sposobu myślenia”, zaraz jednak dodając, że “takie były warunki, że inaczej nie można było”. Snop światła na tę historyczną anegdotę rzucają jednak pewne nowe informacje ujawnione ostatnio w oparciu o pamiętniki Williama Bradforda. Wynikające z nich wnioski kłócą się z dotychczasową legendą, stawiając   “Mayflower  compact” w nieco innym świetle.

Oto jak się sprawy miały naprawdę. Po początkowym okresie gospodarowania sytuacja materialna osadników nie ulegała większej poprawie, co gorsza, nie widać było nadziei na poprawę. Nawet Bradford, człowiek twardy, mądry i religijny zaczął wątpić w sukces wyprawy. Okazało się, że ilość wyprodukowanego w pierwsze lata ziarna nie wystarczy do przeżycia zimy. Morale grupy – zwłaszcza po śmierci gubernatora Carvera – spadało z tygodnia na tydzień, ludzie byli głodni, dużo chorowali, Źle i niechętnie pracowali, coraz częściej dochodziło do konfliktów i buntów. Panowała depresja i pesymizm. I właśnie wtedy Bradford wpadł na genialny – nawet jak na warunki nam współczesne – pomysł.

Zamiast wspólnoty, czyli komuny postanowił rozdać każdemu z akcjonariuszy jego własność, by w ten sposób zmusić (zachęcić?) go do indywidualnego gospodarowania.

Na efekty nie trzeba było długo czekać, już w rok później, kolonia zaczęła kwitnąć. Nie tylko nie brakowało żywności, ale wręcz doszło do jej nadprodukcji. Poprawiły się nastroje kolonistów, a w ślad za nimi powiększyła populacja Kolonii. Spłacono długi zaciągnięte w “Virginia Company”, nawiązano przyjazne stosunki z Indianami, Plymouth rósł w siłę, a jego mieszkańcy żyli dostatniej…I to wcale nie dzięki “komunie” i  socjalizmowi, lecz przeciwnie, poprzez rozbudzenie u osadników indywidualizmu, osobistej  inicjatywy, przedsiębiorczości, odpowiedzialności za własny byt, i własne życie.

A zatem to nie “Mayflower compact” i hasło “w jedności siła”, lecz ich zaprzeczenia, a więc: indywidualizm i odpowiedzialność, stały się ideologią nowej kolonii. Wzmocnione Biblią i chrześcijańską moralnością zbudowały kapitalizm, fundament przyszłej potęgi Stanów Zjednoczonych.

Problem w tym, że coraz częściej się o tych korzeniach zapomina, co więcej, coraz mniej obywateli w ogóle wie, jak było naprawdę. Coraz liczniejsze grupy domagają się umów socjalnych, opieki państwa i działań karzących (podatki) ludzi przedsiębiorczych. Legenda jest prostsza i wygodniejsza, przy jej użyciu łatwiej manipulować ludzką świadomością. A pazernej władzy nie trzeba tego dwa razy powtarzać.

Jan M Fijor

fragment pochodzi z mojej książki Imperium absurdu Fijorr Publishing, Warszawa, 2003.

Tagi: , , , , , , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

0 udostępnień