Klimatyczna tyrania. Szlachetna energia (I)

David Stockman, autor eseju, to wieloletni kongresmen amerykański, później członek gabinetu Ronalda Reagana odpowiedzialny za politykę budżetową.  Stockman jest  uznawany za twórcę fundamentów reaganomiki, która postawiła gospodarkę USA, po kilkunastu latach głębokiego kryzysu, na nogi.  David Stockman pracował przez wiele lat na Wall Street, następnie zarządzał potężną korporacją, od kilku lat prowadzi blog davidstockmanscontracorner.com.  Jest też autorem dzieła z historii gospodarczej USA p.t. Wielka Deformacja (Warszawa, Fijorr Publishing). Oryginał niniejszego tekstu opublikowany został w listopadzie 2021 na portalu: www.internationalman.com

x

Konferencja w Glasgow, znana jako COP26, uświadomiła nam, że  już najwyższy czas zacząć bić na alarm – oczywiście nie w kwestii katastrofy klimatycznej, lecz z powodu najgłupszego zgromadzenia narodów od czasów Konferencji Wersalskiej, w czasie której mściwi zwycięzcy I wojny światowej położyli podwaliny pod Wielką Depresję, II wojnę światową, holokaust, sowiecką tyranię, zimną wojnę i destrukcyjną, globalną hegemonię Waszyngtonu. Te wydarzenia były właśnie skutkiem Pokoju Wersalskiego.

Tym razem, zebrani w Glasgow światowi politycy i ich sojusznicy z mediów głównego nurtu, think tanków, NGO-sów, lobbyście Wielkiego Biznesu (wraz ze swymi tchórzliwymi, dystroficznymi przywódcami) stają na głowie, aby zniszczyć dobrobyt świata i cofnąć współczesny świat gospodarczy i technologiczny do poziomu średniowiecza. Robi się to, rzecz jasna, w służbie fałszywej narracji o kryzysie klimatycznym, która jest antynaukowa i kompletnie niespójna z rzeczywistym klimatem i historią CO2 na planecie.

W ciągu minionych 600 milionów lat, Ziemia rzadko kiedy bywała tak chłodna jak obecnie i prawie nigdy nie miała tak niskiego stężenia CO2, jak właśnie dzisiaj, czyli ma poziomie 420 ppm[1], o którym mówią współczesne wyjce klimatyczne. Prawdziwi naukowcy zajmujący się współcześnie dziejami Ziemi, uczeni, którzy zajmują się staranną rekonstrukcją warunków panujących w różnych okresach istnienia planety Ziemią: badając osady oceaniczne, rdzenie lodowe i tym podobne zjawiska, odkryli, że tylko dwa razy w historii, łącznie na przestrzeni 75 milionów lat (to jest 13 proc. tych niezmiernie długich 600 milionów lat), w czasie których zdarzyły się temperatury i stężenia CO2 tak n i s k i e, jak obecne! Było to na przełomie  późnego karbonu i wczesnego permu, to jest od 315 do 270 milionów lat temu oraz w okresie czwartorzędu, w którym 2,6 miliona lat temu przebywał współczesny człowiek.

Można zatem powiedzieć, że możliwość cieplejszego klimatu i bogatszego w CO2 środowiska jest, co najwyżej, kwestią wyjątkowo rzadkiego przypadku planetarnego, którego jak dotąd nikt jednak nie stwierdził. I jeśli nawet coś takiego miało jednak miejsce, nie jest to powód, by rozmyślnie demontować i niszczyć skomplikowany, tani w użyciu system energetyczny, który jest podstawowym źródłem dzisiejszego, bezprecedensowego dobrobytu, który wyrwał człowieka z padołu ubóstwa i niedostatku. Ale to nie wszystko. Tym, co tak naprawdę leży w centrum naszej c i e p l e j s z e j  przeszłości, to 220-milionowy interwał czasu, trwający od ok. 250 milionów lat temu do ponownego oblodzenia Antarktydy, czyli do  około 33 milionów lat temu, która była wtedy całkowicie wolna od lodu.

Przez większość tego okresu, temperatury na Ziemi były nawet o 12 st. C wyższe niż obecnie, a Matka Ziemia nie zawracała sobie głowy faktem, że nie nosiła na sobie polarnych czap lodowych, nie mogąc być odpowiednim schronieniem dla, nieistniejących wówczas jeszcze niedźwiedzi polarnych.

Tak się bowiem złożyło, że w okresie, który nazywamy Epoką Mezozoiczną, planeta nasza zajęta była innym, odpowiedzialnym zadaniem, a mianowicie budowaniem ogromnych złóż węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego, a więc zasobów, które napędzają nowoczesną gospodarkę i pozwalają miliardom ludzi żyć na poziomie, ma jakim zaledwie kilka wieków temu żyli jedynie królowie i inni monarchowie.

Nie jest żadną tajemnicą, jak doszło do powstania tego nieoczekiwanego daru dla współczesnego człowieka. W świecie w dużej mierze pozbawionym lodu i śniegu oceany znajdowały się na znacznie wyższym poziomie i zalewały znaczną część lądu, który z kolei, z powodu wyższych temperatur i obfitych opadów pełen był roślinności i zwierząt. Innymi słowy, Matka Natura pochłaniała ogromne ilości energii słonecznej w postaci życia roślinnego i zwierzęcego opartego na węglu, co przez miliony lat wzrostu i rozkładu doprowadziło do utworzenia ogromnych zbiorników sedymentacyjnych. W miarę przesuwania się płyt tektonicznych, gdy pojedynczy kontynent Pangea, zwany też Wszechziemią, rozpadał się na istniejące współcześnie płyty kontynentalne, w warunkach oscylowania klimatu, wspomniane osady zostały zagrzebane pod powierzchnią płytkich oceanów, i wraz z upływem czasu, pod wpływem ciepła i ciśnienia zostały przekształcone w złoża węglowodorów, które pokrywają – co najmniej – pierwsze 15 000 m skorupy ziemskiej.

W przypadku węgla, najkorzystniejsze warunki do jego powstania miały miejsce od 360 do 290 mln lat temu, to jest w okresie Karbońskim („węglonośnym”). Jednakże mniejsze jego ilości tworzyły się w niektórych częściach Ziemi, także  w kolejnych czasach, w szczególności w Permie (290 milionów do 250 milionów lat temu) i w całej Erze Mezozoicznej (od 250 milionów do 66 milionów lat temu). Podobnie, tworzenie się złóż ropy naftowej, rozpoczęło się w ciepłych płytkich oceanach, gdzie martwa materia organiczna opadała na ich dno. Ten zooplankton (materia pochodzenia zwierzęcego) i fitoplankton (pochodzenia roślinnego) zmieszały się z materiałem nieorganicznym, który dostał się do oceanów rzekami. To właśnie te osady utworzyły na dnie oceanu piaski roponośne, zakopane przez wieki upałów i wysokiego ciśnienia. Oznacza to, że energia zawarta w ropie naftowej pochodziła ze światła słonecznego, które zostało uwięzione w formie chemicznej w martwym planktonie.

Co ciekawe, nauka stojąca za tymi faktami nie jest ani kwestią akademickich spekulacji, ani karkołomnych założeń, lecz została  potwierdzona empirycznie na rynku komercyjnym. Mianowicie, w ostatnim stuleciu wydano biliony dolarów na poszukiwania węglowodorów, opierające się na niezwykle skomplikowanych badaniach, teoriach i modelach geologicznych tzw. inżynierii naftowej. Wiertnicy i poszukiwacze gazu ziemnego i ropy naftowej przypadkowo udowodnili, że powyższe „fakty” z historii klimatu nie są wyrafinowanymi hipotezami, czy założeniami, lecz  zdarzeniami, które doprowadziły do ​​odkrycia i wydobycia, jak dotąd, kilku bilionów baryłek ropy naftowej lub jej pochodnych. Na tej podstawie, eksperci branży wydobywczej uważają, że eksploatowane współcześnie złoża ropy naftowej ukształtowały się z grubsza w następujący sposób:

– ok. 70 proc. w Epoce Mezozoicznej (na rysunku są to paski brązowe) od 252 do 66 milionów lat temu, naznaczonej klimatem tropikalnym, z dużą ilością planktonu w oceanach;

– 20 proc. powstało w znacznie suchszej, chłodniejszej epoce Kenozoicznej (ostatnie 65 mln lat);

– 10 proc. powstało we wcześniejszym, cieplejszym okresie Paleozoiku (to jest pomiędzy 541 mln a 252 mln lat temu).

Odkrycie tych faktów sprawiło, że inżynieria naftowa, jest od pewnego czasu zakorzeniona w klimatologii, ponieważ to właśnie klimat wytworzył te cenne gospodarczo złoża. I to jest całkiem niecodzienna wiedza. Po wydaniu miliardów dolarów na odwierty w wodach oceanicznych na głębokości do 3,5 km i 12 km pod powierzchnią, do czego sprowadzały się dotychczasowe operacje poszukiwania przysłowiowej igły w postaci złoża ropy naftowej „w stogu siana”, wiertnicy zainteresowali się klimatem. Oto garść płynących z tej lekcji wniosków: przykładowo, okres kredowy, trwający od 145 milionów do 66 milionów lat temu, a którym ropa powstawała wyjątkowo obficie, był okresem o stosunkowo ciepłym klimacie, charakteryzującym się wysokim poziomem otwartego „oceanu” i licznych, płytkich mórz śródlądowych. Te akweny, oceany i morza, zamieszkane były przez wymarłe już morskie gady, amonity i małże, na lądzie zaś nadal dominowały dinozaury. To właśnie znajomość tej wiedzy pozwala dzisiaj na odnajdowanie w głębinach planety wielomiliardowych złóż „igieł węglowodorowych”.

Nie trzeba dodawać, że w epoce Kredy klimat gwałtownie się ocieplił; temperatura na Ziemi podniosła się o około 8 stopni Celsjusza osiągając ostatnie poziom o 10 stopni C wyższy niż panujący obecnie, czyli 66 milionów lat, gdy spadający na Ziemię asteroid doprowadził do Wielkiego Wymierania. Jak pokazano na poniższym wykresie, działo się to wszystko w okresie, gdy na żadnym z biegunów nie było czap lodowych, Pangea wciąż rozpadała się w szwach, a więc w młodym Atlantyku nie panował jeszcze system przenośników oceanicznych, zwanych dzisiaj prądami. Co więcej, w omawianym okresie Kredy, nie tylko poziom CO2 spadł, ale dodatkowo temperatura zaczęła gwałtownie rosnąć,  a to już zupełne przeciwieństwo g ł ó w n e g o   t w i e r d z e n i a  Alarmistów Klimatycznych, głoszących, że to właśnie rosnące stężenie CO2 wymusza obecny wzrost temperatury na świecie. Co więcej, w epoce kredowej, nie doszło wcale do jakiegoś marginalnego zmniejszenia się stężenia CO2 w atmosferze. Spadek stężenia był duży i  gwałtowny: w ciągu tych 80 milionów lat zmniejszył się on z poziomu około 2000 ppm do 900 ppm. Powyższe warunki nie tylko przyczyniły się do uformowania się węglowodorów i wyposażenia ich w zmagazynowaną energię przyrody, zdarzyło się także znacznie więcej.

Otóż, kolejnym dowodem tego, że dynamika klimatu planety jest znacznie bardziej skomplikowana i pełna krzyżujących się wydarzeń niż proste pętle zagłady używane przez ekoterrorystów do modelowania przyszłych stanów klimatycznych w oparciu o znacznie niższe temperatury i poziomy CO2. Tak się bowiem składa, że ​​w okresach od nastania Wielkiego Wymierania, to jest od ok. 66 milionów lat oba omawiane wektory stale spadały; poziom CO2 spadał do panujących dzisiaj: 300-400 ppm, zaś temperatura ochłodziła się aż o 10 stopni Celsjusza.

Z pewnością jednak jedną z największych ironii naszych czasów jest to, że dzisiejsze fanatyczne krucjaty przeciwko paliwom kopalnym prowadzone są bez najmniejszego nawet ukłonu w stronę historii geologicznej, która nie tylko zaprzecza całej tej histerycznej narracji „ocieplenia” i koncentracji CO2, ale wręcz spowodowała, że obecny poziom zużycia energii i jej wydajność stały się możliwe. To właśnie ten wielki, ciepły i wilgotny Mezozoik nas zaprowadził do naszego obecnego miejsca w czasie i przestrzeni. Prawdziwe globalne ocieplenie nie jest obecnym, czy przyszłym szaleństwem ludzkości, lecz jest historycznym czynnikiem umożliwiającym współczesnemu człowiekowi  korzystanie z błogosławieństw gospodarczych przeszłości. A mimo to członkowie konferencji COP26, są nadal maniakalnie skoncentrowani na szukaniu sposobów zmniejszenia emisji do poziomów wymaganych, aby globalne temperatury nie wzrosły o więcej niż 1,5 stopnia Celsjusza w porównaniu z poziomem ”sprzed epoki przemysłowej”.

Zastanówmy się zatem, cóż to takiego jest ów poziom przedindustrialny?

W tym celu, zajmiemy się najnowszym etapem ewolucji, w tym średniowiecznym okresem ciepłym i małą epoką lodowcową. Nie wystarczy więc stwierdzić, że poniższy wykres odzwierciedla szeroko akceptowaną naukę geologiczną. Jesteśmy ponadto zmuszeni – i to przy pomocy szkła powiększającego – do szukania jakiegokolwiek okresu w ciągu ostatnich 66 milionów lat, w którym globalne temperatury nie były dużo wyższe niż 1,5 stopnia Celsjusza powyżej obecnych poziomów – i to nawet przez większość zlokalizowanej na prawym marginesie wykresu ery zwanej „plejstoceńską epoką lodowcową” trwającą ostatnie 2,6 miliona lat.

Jeśli twój umysł nie został jeszcze przytłumiony narracją o zmianie klimatu, sam ten termin powinien cię zaalarmować. We wspomnianym plejstocenie przewinęło się około 20 różnych „epok lodowcowych” i interglacjalnych okresów ocieplenia, z których ostatni zakończył się około 18 000 lat temu i od tego czasu szukamy kolejnych.

Odwoływanie się do cofających się lodowców w stanie Michigan, w Nowej Anglii, północnej Europie itd. i przechodzenie do cieplejszych, bardziej gościnnych klimatów nie odbywało się płynne, lecz raczej w formie synkopowanych sekwencji w te i we w te. Dlatego przyjmuje się, że świat ocieplał się nieustannie aż do około 13 000 lat temu, gdy proces ten został przerwany przez Młodszy Dryas, gdy klimat stał się znacznie bardziej suchy i zimniejszy, co spowodowało ponowne poszerzenie się polarnych czap lodowych i spadek poziomu oceanów o ponad ok. 30 m, ponieważ lód wchłonął większą ilość stałej wody na Ziemi. Jednakże po około 2000 latach odwrotu, i to bez jakiegokolwiek udziału ludzi, którzy podczas Młodszego Dryasa przeszli do życia w jaskiniach, system klimatyczny zaczął się szybko ocieplać.

Około 8000 lat temu, w okresie poprzedzającym to, co nauka nazywa dziś optymistycznie brzmiącym terminem: optymalny holocen, globalne temperatury wzrosły średnio o ponad 3 stopnie Celsjusza, na wyższych szerokościach geograficznych nawet o 10 stopni Celsjusza, i stało się to dość szybko. Popularne badania wskazują, że w niektórych częściach Grenlandii temperatura wzrosła o 10°C w ciągu zaledwie jednej dekady. Ogólnie rzecz biorąc, naukowcy uważają, że połowa odbicia temperaturowego od „epoki lodowcowej” Młodszego Dryasa trwało zaledwie 15 lat. Topiły się pokrywy lodowe, podniósł się poziom mórz, powiększyła powierzchnia lasów, drzewa zastąpiły trawę, a trawa zastąpiła pustynię – wszystko to odbywało się z zadziwiającą żywotnością.

W przeciwieństwie do dzisiejszych modeli klimatycznych, Matka Natura wyraźnie nie zbaczała z torów w jakiejś liniowej pętli zagłady, gdzie temperatury rosną i to nawet na przekór nawoływaniom ze strony Grety. Grenlandia potem jeszcze kilka razy zamarzała i odmarzała. Nie trzeba dodawać, że Optymalny Holocen 8000 lat temu nie jest żadnym „przedindustrialnym” punktem odniesienia, z którego Wyjce Klimatyczne wystawiają swoje  zmyślone „kije hokejowe”. Co więcej, inne badania pokazują, że nawet w Arktyce nie było okazji do pikników dla niedźwiedzi polarnych. Wśród 140 zbadanych lokalizacji zachodniej Arktyki, na co wskazują wyraźne dowody, w 120 z nich, warunki były cieplejsze od obecnych. W 16 lokalizacjach, dla których uzyskano szacunki ilościowe, lokalne temperatury w okresie Optimum były średnio o 1,6°C wyższe niż obecne. I co Państwo na to powiecie? Czyż to nie jest to samo „+1,6 stopnia C” powyżej poziomu, któremu ludzie z COP26 chcą zapobiec, grożąc wyłączeniem nam światła i likwidację dobrobytu?

W każdym razie to, co się wydarzyło później, jest o wiele korzystniejsze: cieplejsze i wilgotniejsze Optimum Holocenu i jego następstwa dały początek wielkim cywilizacjom rzecznym sprzed 5000 lat temu: na Żółtej Rzece w Chinach, na Indusie na subkontynencie indyjskim, na Tigrysie-Eufracie i w cywilizacji Nilu, że wymienimy tylko najważniejsze.

Inaczej mówiąc, dodatkowe +1,6 stopnia C dostarczyło katalizatora w postaci sił klimatycznych, które de facto umożliwiły dzisiejszy świat. Z obfitości cywilizacji rzecznych nastąpił długi marsz do rolnictwa, a wraz z nim gospodarcze nadwyżki i obfitość, które umożliwiły miastom umiejętność czytania i pisania, podział pracy, handel, specjalizację, rozwój narzędzi i technologii oraz nowoczesny przemysł – ten ostatecznym odejściem od życia opartego wyłącznie na pracy mięśni człowieka i jego udomowionych zwierząt. W końcu dążenie do coraz wyższej produktywności przemysłowej pobudziło poszukiwanie coraz tańszej energii, zwłaszcza, że postęp intelektualny, naukowy i technologiczny, który wypłynął z tych cywilizacji, doprowadził do powstania gospodarki opartej na paliwach kopalnych, opartej na firmach energetycznych eksploatujących skondensowaną i zmagazynowaną energię słoneczną przechwyconą przez Matkę Naturę w okresach długiej, mniej lub bardziej ciepłej i wilgotnej przeszłości planety.

Jednym słowem, tym, co napędza dobrobyt, jest coraz wydajniejsza „praca”, czy to przy przenoszeniu ton ładunku na odległość kilku mil, przerabianie kilogramów boksytu na tlenek glinu, czy przygotowanie miesięcznej porcji żywności. Niestety, w ciągu minionych 230 milionów, przeważnie wolnych od lodu lat Mezozoiku, planeta dokonała jednego z największych wyczynów, przetwarzając sama w nieznany wcześniej sposób, ogromne ilości rozproszonej wcześniej energii słonecznej w pakiet energetyczny o wysokiej wydajności: w paliwa węglowe, ropopochodne i gazowe.

Mimo iż już pod koniec IV wieku n.e., w czasie gdy kończyła się jedna z poprzednich „przedindustrialnych” epok ociepleniowych (tzw. ocieplenie rzymskie), św. Hieronim doradzał wiernym, aby darowanemu koniowi w zęby nie patrzyli, zgromadzony na COP26 liderzy i eksperci, postanowili jednak słowa pobożnego męża zignorować…

[1] Od ang. parts per milion, czyli jedna cząstka na milion, co odpowiada mniej więcej  1 ml/l

Tags: COP26, Glasgow, Mezozoik, Młodszy Dryas, Pangea, węgiel

Related Posts

Previous Post Next Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

0 shares