Bezcelnicy

Bezcelnicy

Milion plus (2)

(z cyklu: ludzie, którzy z nas zubożają; dzisiaj o celnikach)

Niewiele jest profesji, którymi pogardzam bardziej niż celnikami.

Ostatnie dni listopada (2016) spędziłem na Białorusi. Dla kogoś, kto odzwyczaił się od podróżowania poza strefę Schengen odwiedziny kraju leżącego poza Unią Europejską jest doświadczeniem przykrym, miejscami wręcz obrzydliwym. Siłą rzeczy, odżyło we mnie przekonanie zdobyte jeszcze w czasach PRL, że celnik to nie jest dobra wiadomość.

Trudno znaleźć inną grupę funkcjonariuszy państwa, którzy swą działalnością bardziej przyczyniają się do ogólnego zubożenia obywateli. Jednocześnie, profesję szkodliwą i do tego – ze społecznego punktu widzenia – całkowicie zbędną. Na likwidacji celników nie ucierpiałby nikt. Służba celna służy najbardziej represyjnym funkcjom państwa. Im bardziej państwo okrutne, bezwzględne, i powiedzmy sobie: głupie, tym chętniej stosuje podatek celny, który – jak żaden inny podatek – hamuje produktywność i jest antyrozwojowy. Celnicy istnieją, co prawda, we wszystkich krajach świata, w większości z nich służąc głównie do walki z przemytem narkotyków, broni czy handlem ludźmi. Ale nawet w tej roli jest to służba zbędna, gdyż dobre prawo skuteczniej zapobiega przemytowi, trudno je przy tym równie łatwo, co celników, skorumpować.

Celnicy z krajów byłej komuny, pośród celniczej braci świata, są najgorsi.

O ile funkcjonariusze większości służb państwowych są z reguły opieszali, mało sumienni, a często też nieuczciwi, o tyle celnicy polscy reprezentują te przypadłości ze zdwojoną siłą. Są przy tym bezczelni, złośliwi i skrupulatni aż do bólu. Co gorsze, tę swoją złą robotę wykonują z determinacją, której na próżno by szukać wśród innych funkcjonariuszy państwa.

Jeden z celników na granicy polsko – ukraińskiej rzucił się za uciekającym z kilkoma kartonami papierosów za pazuchą ukraińskim „zbrodniarzem” do lodowatej rzeki (zdarzenie miało miejsce w lutym) ryzykując śmierć z hipotermii. Oburzyło to nawet rzecznika służby celnej, który w przypływie owartości wyznał, że „kolega nie zrobił tego z poczucia obowiązku, czy dla dobra ojczyzny, lecz wyłącznie z cynicznej nienawiści do ludzi, wpojonej mu na szkoleniach zawodowych”.

 

Co to za zawód? Co to za ludzie?

Na przejściu drogowym, polsko – białoruskim, w Kuźnicy, celnicy krążą między pojazdami dostojnie, przyglądając się czujnie, a podejrzliwie, oczekującym na autopsję swych aut i bagaży „przestępcom”. Ogólna niechęć do pracy walczy u nich z poczuciem nienawiści do ludu, który ma czelność przewozić przez granicę flaszkę wódki, karton marlboro, czy tanie perfumy bez banderoli.

W drugim rzędzie, między filarami, czyhają specjaliści od grubych ryb: ot, facet przewozi z Polski na Białoruś używane alternatory do bmw, inny, jadący z kierunku wschodniego, ma walizkę koronkowych majtek damskich, z których białoruski przemysł słynie. Postawni, dobrze odżywieni celnicy zbliżają się do ofiary z udawanym, choć zaczepnym uśmieszkiem. Zastanawiają się, do czego też zdolny jest sprawca zbrodni, aby nie stracić swych 100 czy 200 dolarów, które na tym przemycie zarobi.

Każdy celnik, stary czy młody, mężczyzna, czy kobieta – te ostatnie potrafią być naprawdę okrutne – wystarczy że zbliżą się do swej ofiary na odległość 2 – 3 metrów, odruchowo, niemalże instynktownie, żądają otwarcia bagażnika. Dlaczego każdy? Żeby zło nie przedarło się przez kordon celny; w końcu któryś z nich coś wynajdzie, kogoś nakryje. Przemytnik wpada w końcu w sidła służb celnych!

Obie grupy, sprawcy i ofiary, mimo wszystko, jakoś się ze sobą dogadują, bo przecież ruch przez granicę toczy się. Powoli, bardzo powoli, ale jednak już po upływie pięciu czy sześciu godzin można granicę tych dwóch potężnych krajów przekroczyć. A mogłoby to trwać dłużej!

W ten oto sposób, z dala od swych miast i wsi, na dalekich peryferiach krajów, z których się wywodzą, celnicy ograbiają obywateli z ich własnego majątku. Wprawdzie, istnieją całe masy ustaw, uchwał, rozporządzeń uzasadniających grabież mienia obywateli, gdyby je jednak głębiej przeanalizować, okazałoby się, że są mocno naciągane, żeby nie powiedzieć: bezprawne?

Jedynym ich celem jest zaspokojenie chciwości rządzących i brak szacunku do obywateli i ich mienia.

Z tego powodu, władze chętnie przyznają celnikom szereg nadzwyczajnych uprawień. Oto kilka z nich:

– ich decyzje mają rangę obowiązujących praw;

– celnicy mogą konfiskować, co zechcą – to poszkodowany musi uzasadnić, że nie przemycił;

– nie podlegają kontroli, a jeśli już, to minimalnej, nawet jeśli ktoś ich skorumpuje. Procesy celników to mimo wszystko rzadkość. Nie dlatego, że są aniołami, po prostu, władza ich cgroni jak kiedyś szlachcic chronił Żyda, który dla niego zbierał podatki.

W czasach komuny, gdy handel transgraniczny był praktycznie zakazany, byli bezkarni. Po 2004 roku, od kiedy wymiana handlowa jest zasadą i fundamentem funkcjonowania gospodarek, gdy wymiana handlowa/gospodarcza między krajami należącymi do Unii Europejskiej jest praktycznie bezcłowa, powinni zniknąć. No, niech by ich została garstka.

Niestety, na granicy wschodniej licho nie śpi. Związek zawodowy celników zaniepokojony planami redukcji liczebność służby celnej, zbuntował się, żądając przywilejów, wyższych płac i lepszych warunków pracy. Nie dostali, więc są obrażeni; protestują i mszczą się na biednym ludzie. Bezcelnicy!

To dlatego rzeczniczka prasowa podlaskiego urzędu celnego w Białymstoku bez żenady Benefity oświadcza, że czas oczekiwania na przejściu może wyjść nawet do 12 godzin:

– Nie ma się co dziwić: święta idą!

I stoją kilometrami ciężarówki załadowane butami, owocami egzotycznymi, baraniną, słodyczami, mięsem, serem, winami. Czas odprawy wydłuża się jak gumowa lina. Wiadomości informują, że w Terespolu pobili rekord, 130 godzin czekania, w Dorohusku zbliżają się do rekordu, w Hrebienne, celnicy sprinterzy zbudowa? skrócili czas odprawy po stronie ukraińskiej do 100 godzin.

Pracownicy celni to służba paramilitarna, ciesząca się przywilejami porównywalnymi do innych grup mundurowych: policji, wojska, straży pożarnej etc. ale to także urzędnicy, od których zależy los przedsiębiorców, handlowców i zwykłych ludzi czekających na importowane czy eksportowane surowce, części zamienne, materiały budowlane. To my, nasi kontrahenci i klienci, te cła płacimy, bo to – jak powiedzieliśmy – podatek; nonsensowny, ale jednak trzeba go zapłacić.

 

Celnicy twierdzą, że zarabiają na siebie.

Co to za zarabianie? To my, konsumenci ich opłacamy. I jaką nagrodę w zamian za to dostajemy? Jesteśmy konsumentami, grupą rzekomo uprzywilejowaną, i co z tego mamy?  To my się musimy dostosowywać do celników; do ich coraz wyższych roszczeń płacowych i gróźb granicznego paraliżu.

Niewiele jest zjawisk czy ustaw, które przynosiłyby gospodarce, a ściślej, obywatelom więcej szkody niż cła. Celnicy to najbardziej pasożytnicza grupa społeczna. Nie tylko nie wytwarzają żadnego majątku, ale go na dodatek niszczą. Są tym bardziej niebezpieczne, że w świadomości społecznej (ukłon wobec edukacji państwowej) traktuje się cła i służbę celną, jako dobrodziejstwo. Tymczasem jest to źle pomyślany podatek, którego nie da się nawet w przybliżeniu wyliczyć.

Wbrew prawdom obiegowym cła płacimy wszyscy, zarówno ci, którzy są cleni, jak i ich klienci. Jest to więc najbardziej niesprawiedliwy podatek, bo – w przeciwieństwie chociażby do podatku dochodowego – nie są z niego zwolnieni nawet ci, którzy nie osiągają dochodu. Nie dość tego, zapłaconego cła (podatku) nie można odliczyć od dochodu do opodatkowania. Płacimy więc i cło, i podatek od tego cła.

Koszty poboru cła są bliskie wolumenowi konfiskowanych z jego tytułu środków. O ile jednak pozostałe podatki skonstruowane są tak, by ograniczać wolumen ich pobierania, a w szczególnych sytuacjach prowadzić nawet do ich zaniku, o tyle cło ma na celu maksymalizację konfiskaty. Normalna procedura podatkowa składa się ze strony poszkodowanej (płatnika) i beneficjanta (obywatela korzystającego ewentualnie z wpływów podatkowych). Cło karze wszystkich. Ma ono także fatalne skutki dla wymiany handlowej, jednego z najpożyteczniejszych sektorów gospodarki. Cło czyni wymianę handlową mniej opłacalną, niszcząc jej podstawową zasadę, jaką jest korzyść obu stron transakcji – kupującego i sprzedającego. Dlatego m.in. w skali całej gospodarki cła przynoszą nam stratę netto. Wpływają także hamująco na rozwój gospodarczy.

I tak, cło przywozowe podnosi rynkową cenę produktów importowanych, co ogranicza popyt na towary krajowe, a cło wywozowe podnosi koszt sprzedaży produktów krajowych, co obniża ich konkurencyjność zagranicą. W ten sposób, cła są ponadto mechanizmem represji i to zarówno w skali kraju, jak i międzynarodowej.

Cła są szkodliwym gospodarczo, politycznie i moralnie mechanizmem protekcjonistycznym, polegającym na sterowanej ustawowo (politycznie) redystrybucji dochodu narodowego poprzez przywileje i kary celne. Jeśli nie wiecie o czym mówię, przypomnijcie sobie specjalne, doraźne zniżki celne dla importerów zbóż. Jest to mechanizm tym groźniejszym, że niesie ze sobą patologię. Cła prowokują przemyt i korupcję. Nie bez kozery o zarobkach celników i przemytników krążą legendy.

Cła nie mają najdrobniejszego uzasadnienia gospodarczego czy społecznego. Są jednym wielkim złem nie służącym nikomu, nawet rządowi. Anglicy zrozumieli to już 300 lat temu, Amerykanie (z niewielkimi wyjątkami) sto lat później. Europa Zachodnia stała się potęgą dzięki likwidacji ceł, zaczęła mieć kłopoty, odkąd je ponownie wprowadziła. Cła są redukowane nawet na Kubie i w Białorusi. Jedyną grupą zainteresowaną cłami są celnicy oraz słabo zorientowani ekonomicznie politycy, którym wydaje się, że dzięki cłom złagodzą deficyt w handlu zagranicznym.

Ochronę granic przed kontrabandą narkotyczną czy militarną, z rąk celników mogłyby  przejąć pogranicznicy, policja, wojsko, ABW czy wiele innych służb, które ostatnio się nudzą.

Nie dość, żebyśmy na likwidacji celników oszczędzili setki milionów dolarów, to na dodatek zyskalibyśmy miano kraju miłującego wolny handel. Obawiam się jednak, że nie obyłoby się to bez protestów. Nie tyle ze strony celników, ale i różnej maści producentów, którym marzy się ochrona rynku przed zagraniczną konkurencją. Ich zdaniem nikt tego lepiej nie zrobi, niż  celnicy. Tymczasem jest to nieprawda. Jeśli ktoś nie wierzy, niech się przejedzie, kilka razy w te i we w te przez polsko-ukraińsko-białoruską granicę!

Jan M Fijor

www.milionerstwo.pl

Tagi: , , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis

Komentarze

    • Paweł
    • 2 grudnia 2016
    Odpowiedz

    Janek, nie celnicy, tylko cwelnicy.

    1. Odpowiedz

      dziękuję za zwrócenie uwagi. Podobno jednak obie pisownie są poprawne. Sprawdzę jeszcze w słowniku poprawnej polszczyzny.

      ukłony

    • robert
    • 2 grudnia 2016
    Odpowiedz

    Panie Janku uwielbiam Pana czytac..słuchać na you tube, z Pana ust płynie sama mądrość czyli normalne myślenie ,szkoda że rządzący nami tego nie posiadają……proszę zacząc pisac o podróżach .Pozdrawiam Robert Budawski

    • Piotr
    • 3 grudnia 2016
    Odpowiedz

    Pokrewny gatunek stanowi policja imigracyjna. Jestem teraz na projekcie w Mołdawii (dzisiaj wracam do kraju na tydzień i będę wiózł „kontrabandę” – jakieś 8 butelek wina, ciekawe czy mnie nasi cwelnicy na Okęciu aresztują… 😉 ), latam pomiędzy Polską i Mołdawią. Podczas poprzedniego pobytu tajni agenci tej organizacji „zdjęli” nas z ulicy podczas koronkowej, precyzyjnie zaplanowanej akcji (zasadzili się na nas pod hotelem, śledzili dokąd się udajemy, pod biurem klienta „aresztowali”, zapakowali do czarnej limuzyny i wywieźli w nieznanym kierunku, jak się potem okazało do biura imigracyjnego). Spędziliśmy tam cały Boży dzień (od 9 rano, kiedy nas „aresztowali” do 18…) udowadniając, że nie jesteśmy „wielbłądami”. Generalnie chodzi o to, że nie dopełniliśmy jakiś bliżej nieokreślonych formalności – każdy obcokrajowiec „nie turysta” ma obowiązek zgłosić tutaj w urzędzie imigracyjnym swój pobyt w terminie 3 dni od przyjazdu (nas złapali po 5 dniach…). Przy okazji konia z rzędem temu, kto wie jak dokładnie brzmią te przepisy i jak je należy interpretować – my nie znaleźliśmy nigdzie (w tym w polskiej ambasadzie nie byli nam w stanie pomóc) jasnej informacji jak taka procedura rejestracji powinna wyglądać (jakie dokumenty trzeba przedłożyć) i kogo ona dotyczy (pracowników, przedsiębiorców,…). Generalnie podczas „przesłuchania” (łamaną angielszczyzną tłumaczoną na jęz. państwowy czyli rumuński) panowie oficerowie specjalnie przygotowanymi i ukierunkowanymi pytaniami, wymogli na nas zeznania, z których miałoby wynikać jakoby przyjechaliśmy do Mołdawii do pracy i staliśmy się nielegalnymi imigrantami zarobkowymi. No i „because you breach the Moldovian law”, groziła nam natychmiastowa deportacja, penalty i… zakaz wjazdu na 5 lat! Sprawę udało się „wyjaśnić” w typowy dla demoludów sposób: na posterunku pojawił się tajemniczy pracownik „działu security” naszego klienta, pan Borys Nikołajewicz, ex oficer KGB, który zamknął się w gabinecie z naczelnikiem urzędu… i po 10 min odzyskaliśmy paszporty i byliśmy wolni. Nauczka na przyszłość: jak Cię zatrzymają nie próbuj być zbyt uczynny, nie mów za dużo, nie przyznawaj się, że znasz jakiś międzynarodowy język, tylko polski – my chcieliśmy sprawę wyjaśnić, składaliśmy „zeznania” w jęz. angielskim a potem musieliśmy udowadniać, że to co powiedzieliśmy i zostało przetłumaczona na rumuński to nie jest tak, jak oni myślą, że my nie przyjechaliśmy „do pracy” tylko na „business meeting” itp, itd.

    1. Odpowiedz

      Jak znajdę czas, to napiszę o swoim spotkaniu z rumuńską policją w 1984 roku. Widzę jednak, ze
      niewiele się tam zmieniło.
      ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Array 0 udostępnień