Co to jest inflacja?

co to jest inflacja

Niewiele zagadnień jest dziś równie intensywnie dyskutowanych – a równocześnie tak niezrozumiałych – jak inflacja. Politycy w Waszyngtonie rozmawiają o niej, jak gdyby była jakąś straszliwą  zjawą pochodzącą zza światów, czymś – takim jak powódź, zaraza, czy najazd wrogich wojska – nad czym nie mają oni żadnej kontroli. Inflacja to coś, z czym obiecują nam „walczyć”- rzecz jasna pod warunkiem, że Kongres czy lud dostarczy im odpowiedniej „broni”, albo „silnego prawa”, które im w tej walce pomogą.

Tymczasem prawda jest taka, że inflacja została powołana do życia przez naszych przywódców, poprzez ich własną politykę monetarną i fiskalną. Obiecują nam zatem, że prawą ręką będą zwalczać to, co przynoszą lewą ręką.

To, co nazywają inflacją jest, zawsze i wszędzie, wywołane głównie poprzez wzrost podaży pieniądza i kredytu. Prawdę mówiąc, inflacja jest właśnie wzrostem podaży pieniądza i wielkości kredytu. Posłużmy się dla przykładu  American College Dictionary [1]. Znajdziemy w nim następującą definicję inflacji: „Szkodliwa ekspansja[2] lub wzrost ilości waluty krajowej, spowodowana w szczególności poprzez druk pieniądza papierowego, nie dającego się wymienić na twardy pieniądz”.

Jednakże w ostatnich latach, pojęcie to zaczęto używać w radykalnie odmiennych znaczeniu. Przedstawione jest ono w drugiej definicji podawanej przez American College Dictionary, mianowicie: „Znaczny wzrost cen wywołany szkodliwą ekspansją pieniądza papierowego lub ekspansją kredytu. Widzimy więc, że wzrost cen spowodowany ekspansją podaży pieniądza nie jest tożsamy z samą ekspansją podaży pieniądza. Przyczyna lub warunek nie jest przecież  identyczny ze swoją konsekwencją. Te dwie definicje inflacji, różniące się całkowicie swoim znaczeniem, są źródłem niekończących się nieporozumień.

Słowo inflacja odnosiło się początkowo wyłącznie do ilości pieniądza. Mówiło się, że wolumen pieniądza jest napompowany, nadmuchany, przesadny. To, że domagam się powrotu do oryginalnego znaczenia terminu inflacja nie ma nic wspólnego z moją pedantycznością. Używanie terminu inflacja w znaczeniu: „wzrost cen” odwraca uwagę od prawdziwej przyczyny inflacji oraz od lekarstwa, które mogłoby ją uleczyć.

(Jednakowoż muszę tu ostrzec Czytelników, że słowo inflacja jest dziś powszechnie stosowane w znaczeniu „wzrost cen” i z tego powodu bezowocnym i czasochłonnym wydaje się unikanie tego znaczenia lub poprawianie  go na każdym kroku.  Termin ten używany jest, jak chodzi o ścisłość, niemal powszechnie w dwóch znaczeniach; raz w znaczeniu pierwszym, to znaczy gdy chodzi o wzrost wolumenu pieniądza, i drugi raz, z tym że znacznie częściej, gdy chodzi o wzrost cen. Osobiście stwierdzam, że uchronienie się od popadania w tę dwuznaczność jest zajęciem beznadziejnie trudnym. Jedynym do przyjęcia kompromisem, w tym drugim znaczeniu, zwłaszcza dla tych, którzy odczuwają potrzebę odróżnienia różnych sensów terminu inflacja, będzie użycie pojęcia inflacji cenowej, dla odróżnienia od zwykłej inflacji. Starałem się to czynić  w kolejnych rozdziałach, choć obawiam się, że pewnie nie zawsze konsekwentnie.)

Zobaczmy teraz, co się dzieje pod wpływem inflacji, i dlaczego tak się dzieje.

Z chwilą wzrostu podaży pieniądza, ludzie posiadają więcej pieniędzy, za które mogą nabywać dobra. Jeśli w tym samym czasie ilość dóbr nie wzrośnie – albo nie wzrośnie w stopniu równym wzrostowi podaży  pieniądza – ceny dóbr wzrosną. Każdy jeden dolar stanie się mniej wart, gdyż teraz jest tych dolarów więcej. Z tego powodu, powiedzmy, za każą parę butów czy sto buszli pszenicy, oferowanych będzie więcej dolarów. „Cena” jest wskaźnikiem wymiany (exchange ratio)  między dolarem a  jednostką danego dobra. Posiadając więcej dolarów, ludzie cenią każdy z nich mniej. Prowadzi to do wzrostu cen dóbr, nie dlatego że jest ich (dóbr) mniej niż przedtem, lecz dlatego że dolarów jest więcej, a stąd są one warte mniej.

W dawnych czasach, rządy wywoływały inflację poprzez oszukiwanie przy biciu monet, albo redukowanie ich wartości. Później odkryły jednak, że ten sam efekt można osiągnąć znacznie taniej i szybciej poprzez drukowanie pieniędzy papierowych. To właśnie stało się z francuskimi asygnatami w 1789 roku, a także z naszą własną[3] walutę w czasie amerykańskiej Rewolucji. Współczesne metody są nieco bardziej subtelne. Nasze rządy sprzedają bankom swoje obligacje lub inne papiery dłużne (IOU). W zamian za nie, banki płacą rządowi, tworząc w swoich księgach „depozyty bankowe”, z których ten ostatni może korzystać. Bank ze swej strony może ta obligacje rządowe czy inne papiery dłużne sprzedać bankowi Rezerwy Federalnej[4], który płaci za nie albo poprzez stworzenie kredytu depozytowego, albo poprzez druk banknotów Rezerwy Federalnej. Taki jest właśnie mechanizm produkowania pieniądza.

Zasadniczą częścią „podaży pieniądza” w Stanach Zjednoczonych nie jest gotówka, którą płacimy z rąk do rąk, lecz depozyty bankowe, z których czerpie się zasoby wystawiając w oparciu o nie czeki. Stąd, kiedy ekonomiści mówią o wielkości naszej podaży pieniądza  (money supply), sumują depozyty na żądanie (a ostatnio także depozyty czasowe) z wolumenem gotówką znajdującej się w obiegu (poza bankami). Całkowita wartość pieniędzy i tak mierzonego kredytu, wliczając w to depozyty czasowe, w końcu grudnia 1939 roku wynosiła 63,3 mld dolarów, w końcu grudnia 1963 roku – 308,8 mld dolarów i 806,5 mld dolarów końcu grudnia 1977 roku. Ten wzrost podaży pieniądza wynoszący 1174 procent jest zasadniczym powodem, dla którego ceny hurtowe, w omawianym okresie, wzrosły o 398 procent.

Henry Hazlitt, fragment książki Inflacja, tłum. JM Fijor, Fijorr Publishing, Warszawa 2008

Pewne Zastrzeżenia

[1] Popularny słownik języka angielskiego – przyp. tłum.

[2] Podkreślenia pochodzą od Henry Hazlitta.

[3] Chodzi rzecz jasna o Stany Zjednoczone – przyp. tłum.

[4] Amerykański bank centralny, prywatny bank zarządzany przez mianowanych przez prezydenta USA gubernatorów – przyp. tłum.

Tagi: , , , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis

Komentarze

  1. Odpowiedz

    Właśnie GUS podaje dane nt. inflacji. Tak jak się spodziewałem, nastąpił gwałtowny spadek siły nabywczej pieniądza wywołany nadmierną podażą (czyli tzw. dodrukiem). Na razie jest to 2,0 – 2,5 proc. w skali rocznej. W tym tempie wartość naszego majątku spada w tempie 50 proc. w ciągu 30 lat, czyli nie są to jakieś dramatyczne spadki, ale pamiętajmy, że proceder podaży pieniądza, a także kreacji kredytu, który jest nadal dość tani, trwa. W związku ze spadkiem tempa wzrostu gospodarczego (i nastrojami kryzysowymi w USA) można się spodziewać w przyszłym roku znacznego przyspieszenia, nawet powyżej 3-4 proc. w skali rocznej. Jedyny sposób złagodzenia strat (inflacja jest zakamuflowanym podatkiem), to ograniczenie wydatków rządowych, na co się raczej nie zanosi, bo rozdawanie pieniędzy (socjal) jest jak dotąd jedyną strategią gospodarczą obecnych władz. Z czasem będziemy szukać sposobów przeciwdziałania skutkom inflacji, czyli chronienia majątku/oszczędności przed spadkiem jego wartości. Możliwości są niewielkie, ale jednak są.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Array 0 udostępnień