Dekarbonizacja, okazja XXI wieku?

Dekarbonizacja jest działaniem chorym, bezsensownym i kryminalnym.

Przed rewolucją przemysłową przeważającym źródłem paliwa było drewno. Potem przeszliśmy na węgiel, co było dużą poprawą wydajności energetycznej i gospodarczej. Uratowało to przy okazji miliony hektarów lasów. Następnie przeszliśmy na ropę, skutkiem czego nastąpiła kolejna ogromna poprawę efektywności energetycznej i gospodarczej. Działo się tak nie dzięki decyzjom rządowym, lecz dlatego, że postępowanie to miało sens zarówno z ekonomicznego, jak i technologicznego punktu widzenia.

Gdyby pozostawiono rynek w spokoju, świat bez wątpienia oparłby się na atomie. Energia jądrowa jest bezsprzecznie najbezpieczniejszym, najtańszym i najczystszym paliwem, najbardziej opłacanym sposobem masowej produkcji energii. Ne ma sensu zagłębiać się teraz w uzasadnianie wyższości energii jądrowej, jeśli jednak energia jądrowa zostałaby pozostawiona bez regulacji, używalibyśmy małych, niezależnych reaktorów torowych piątej generacji, wytwarzających energię tak tanią, że być może nie trzeba by było mierzyć nawet jej zużycia. Świat byłby zasilany naprawdę czystą, zieloną energią elektryczną.

Zamiast tego czas, kapitał i potencjał umysłowy zostały przekierowane do tak zwanych „ekologicznych” źródeł energii – głównie wiatru i słońca – o czym zdecydowały wyłącznie  powody ideologiczne. Ekologowie chcą, czy to się komuś podoba, czy nie, przenieść cały świat na wyimaginowaną, fałszywie zieloną łączkę energię.

W zasadzie jestem za zieloną energią. Nie mam też  wątpliwości, że energia słoneczna i wiatrowa są opłacalne i skuteczne w niektórych — na ogół w małych, odizolowanych zastosowaniach; w pewnych lokalizacjach, głównie takich, w których konwencjonalne paliwo jest niewygodne lub zbyt kosztowne. Wydajność urządzeń opartych na energii słonecznej uległa ogromnej poprawie w ciągu ostatnich kilku dekad, podobnie jak i wydajność farm wiatrowych. Nie mają one jednak żadnego sensu w skali masowej, a więc jako podstawowe źródła mocy w gospodarce.

Być może kiedyś ludzie zdołają umieścić na wysokiej orbicie okołoziemskiej potężne kolektory i przesyłać zgromadzona w nich energię słoneczną na powierzchnię Ziemi. To jest jednak nadal sfera sci-fi. W obecnej chwili określenie „zielony” jest po prostu miłym synonimem określających działanie „naiwne”, „głupie”, „aktywność skrzywioną ideologicznie” lub „podmiot sponsorowany przez rząd”.

Robienie rzeczy w sposób ekologiczny odbiera władzę rynkom, na których ludzie podejmują decyzje głosując swoimi dolarami. Zamiast tego oddajemy władzę w ręce ideologów i biurokratów. Krótko mówiąc, promuje się w ten sposób wiatr i energię słoneczną, zamiast paliw jądrowych i kopalnych, które traktowane są jak przeklęte. Jest to zaprzeczenie tego, co powinno się akurat dziać; to trend błędny z każdego punktu widzenia.

Pretekstem, pod jakim dzieje się ta szkodliwa promocja jest rzekoma miłość do ptaków, zwierząt i roślin. W rzeczywistości jest to złudzenie, ekologowie i inni zwolennicy „zieleni”  przejmują się zbytnio ani ptakami, ani króliczkami, czy sosnami. To dla nich tylko okleina ideowa. Oni po prostu nienawidzą ludzi i tak naprawdę chcą, aby ci im z oczu zniknęli. W „najlepszym” dla nas przypadku chcą nas kontrolować. A wielka histeria związana z globalnym ociepleniem/antypaliwami kopalnymi to świetny sposób na złapanie nas za twarz.

Istotę dekarbonizacji dobrze ilustruje rozmowa z Douglasem Casey, ekonomistą, filozofem, spekulantem giełdowym.

Stany Zjednoczone, kraje UE oraz OECD zamierzają zakazać korzystania z ropy naftowej, gazu ziemnego i innych paliw kopalnych, zastępując je źródłami energii o zerowej lub niskiej emisji dwutlenku węgla. Jakie mogą być skutki przechodzenia na tak zawodne źródła energii?

Doug Casey: Nastąpi mnóstwo zakłóceń, zarówno w skali makro, jak i skali indywidualnego człowieka. Wielu z nich przeciętny człowiek się nawet nie spodziewa. Zwracam uwagę, że Stany Zjednoczone mają 330 milionów ludzi, Unia Europejska 450 mln. Dlaczego decyzje obowiązujące tyle set milionów ludzi mają być podejmowane przez garstkę biurokratów i politycznych macherów z Waszyngtonu czy Brukseli?

Dlaczego to oni mają decydować o tym, jakiego rodzaju energii należy używać, a jakiego  nie? Takich pytań nikt sobie nie zadaje. Ludzie po prostu zakładają, że tak powinno być i w dużej mierze robią to, co im namaszczeni każą. Nie zastanawiają się nawet, że to rządy co jakiś czas cofają postęp; że głównymi produktami ich aktywności są wojny, pogromy, konfiskaty, podatki, regulacje i tym podobne kataklizmy.

Firmy naftowe, jak Shell czy BP, mówią dzisiaj o wyjściu z biznesu naftowego. Trudno się im dziwić. Firmy te, ich pracownicy i inwestorzy postrzegani są od dłuższego czasu jak zbrodniarze i niszczyciele świata. Nikt w ugrzecznionym społeczeństwie Zachodu nie chce się przyznać do tego, że zajmuje się biznesem naftowym. Mimo iż do prowadzenia wierceń naftowych w dowolnym miejscu na świecie, potrzebne są pozwolenia jednego lub wielu podmiotów rządowych. Zresztą, w świecie zachodnim, gdzie opinię publiczną opanowała ideologia Poprawności Politycznej, równości, różnorodności i inkluzywności, rządy niechętnie wydają pozwolenia na wiercenia. Sami wiertnicy nie chcą wiercić, ponieważ koszty poszukiwań są zawyżone przez nadmierne regulacje, a zyski obciążone opresyjnymi podatkami[1].

Czy nowy „kryzys” związany ze zmianą klimatu wymaga zwiększonej interwencji rządów?

Doug Casey: Tak. Walka ze zmianami klimatu to zaproszenie politycznego wampira do swego domu.

Przez dziesięciolecia dzieci były indoktrynowane ideami dotyczącymi ochrony przyrody, wegaństwa i zielarstwa. Komiksy, podręczniki szkolne, sami nauczyciele, media, zwłaszcza telewizja przedstawiały Ziemię jako cel ataku zmasowanych sił ciemnogrodu i zła. Ludzkość — zwłaszcza naukowcy, inżynierowie i przedsiębiorcy — pokazywani są jak brutalni wyzyskiwacze dokonujący gwałtu na Matce Naturze i jej zasobach naturalne. Są oni uosobieniem Zła. Zjawisko to przeniknęło społeczeństwa i ich systemy edukacyjne.

Św. Ignacy Loyola, założyciel jezuitów, i Włodzimierz Lenin, twórca ZSRS, niezależnie, są autorami powiedzenia: „Jeśli zdołasz indoktrynować dziecko we wczesnych latach jego rozwoju, miej pewność, że w zasadzie wyznaczyłeś mu kierunek myślenia na całe życie. ” Obaj mają rację. W naszym systemie edukacyjnym rząd/państwo przedstawiany jest zawsze jako byt szlachetny, mądry i instytucja myśląca przyszłościowo. Jest on porównywany do zbawiciela wkraczającego, by powstrzymać złych ludzi, zwłaszcza producentów.

Rosnąca wiara w rząd jako magiczne antidotum rozwiązujące wszystkie problemy obniża standard życia przeciętnego człowieka i deformuje społeczeństwo. Równocześnie, zmienia naukę ekonomii w pseudonaukę. Interwencja rządu w naukę dyskredytuje samą ideę nauki,  pod szyldem scjentyzmu. Dwie płaszczyzny, na których obserwujemy przejawy tego trendu, to COVID, a więc stosunkowo trywialna grypa, rozbudowana do rozmiarów globalnej katastrofy, oraz AGW, wywołane działalnością człowieka antropogeniczne globalne ocieplenie, które stosunkowo niedawno zostało przechrzczone na zmianę klimatu, a całkiem ostatnio na walkę ze zmianami klimatycznymi.

 

Moim zdaniem oba te trendy zostaną ostatecznie zdemaskowane i zdyskredytowane, jednakże dzisiaj, jakikolwiek sprzeciw wobec każdej z tych narracji, grozi głoszącej go osobie globalnym ostracyzmem, a nawet kompletnej eliminacji z życia społecznego. Przypomina mi to to, co przydarzyło się Galileuszowi, kiedy ujawnił sprzeczność obowiązującym w średniowieczu paradygmatom mądrości. Dzisiaj, co prawda, książek już się nie pali, ale tylko dlatego, że są one w obecnych czasach w większości elektroniczne. Ekwiwalent stosów płonących książek staje się Google i Twitter. Istnieje duża szansa, że ​ludzie ci, owijający się autorytetem nauki, zdyskredytują samą ideę nauki, a dokładniej to, co jest znane pod terminem „Nauka”. Stając się przy okazji przyczyną bezprecedensowej katastrofy gospodarczej.

 

Trend ten wydaje się nabierać rozpędu. Na przykład, na portalu Google Flights wyświetla teraz ślady dwutlenku węgla emitowane przez każdy samolot komercyjny. Czyżby to miał być pierwszy krok w kierunku pobierania opłat za emisję węgla?

Doug Casey: Ja bym nie zwracał uwagi na ilość węgla, jaką mogę wydzielać samoloty, czy inne urządzenia poruszane energią paliw kopalnych. Cytowane działanie, to element wojny psychologicznej prowadzonej przez lewicę wykorzystującą jako broń: poczucie winy i wstyd z działalności przedsiębiorczej. To kolejny przejaw kolektywizmu i grupowego myślenia, któremu ludzie są dziś poddawani.

Życie na planecie Ziemia opiera się na węglu. Jest to pierwiastek niezniszczalny i niezbędny do życia, jednakże w świadomości społeczeństw został on przekształcony w śmiertelnego wroga ludzkości. Jeśli jednak zaprzeczysz tej narracji i zakwestionujesz fakt niszczenia Ziemi przez węgiel, popełniasz herezję. Jest to równoznaczne z zaprzeczaniem istnienia Boga w średniowieczu. Nienawiść do węgla i ślepa cześć dla „ekologii” stały się zasadami religii świeckiej.

Zgodnie z nią wprowadzony ma zostać nowy podatek węglowy. Większość głupich ludzi przytaknie, twierdząc, że „To wszystko dla dobra planety. To podatek, który wszyscy powinniśmy płacić”. Rządy i mocarstwa zawsze chcą, aby kierować do nich jak najwięcej środków. W obecnych czasach, gdy rządy są bankrutami i większość kierowanych do nich środków pochodzi z fałszerstwa, jakim jest drukowanie pieniędzy, może się komuś zdawać, że ten nowy podatek będzie miał patynę sprawiedliwości.

Czy chodzi o to, że kredyty węglowe staną się nowym „towarem” stworzonym przez rząd, który zmusi korporacje i osoby prywatne, aby go kupowały?

Doug Casey: Bez wątpienia! Jest to sprytny sposób na przekształcenie podatku w coś, co z pozoru wygląda jak aktywo czy inwestycja. To przebranie polityki i pieniędzy w ruch religijny jest całkiem sprytne. Zieleń jest niewątpliwie promowana jako nowa religia. Chrześcijaństwo jest w Europie na wymarciu, umiera też w Ameryce Północnej, ale ludzie potrzebują religii. Ekologia będzie tym, co zastąpi im chrześcijaństwo, i jej będą się trzymać. Odtąd potraktują swoje podatki, jako dziesięcinę, która zmyje ich grzechy przeciwko Matce Naturze. Podobnie jak w średniowieczu oddawali dziesięcinę Kościołowi, aby wymazać  swoje ziemskie grzechy. To jest bliska analogia. „Kredyty węglowe” staną się odpowiednikiem kaplic, klasztorów, czy katedr.

Jako ekonomista, a zwłaszcza ktoś, kto czyta dużo na temat nauk ścisłych, uważam, że takie stanowisko jest śmieszne i destrukcyjne. Cała ta dekarbonizacja, krucjata antywęglowa, zamach na węgiel i umiłowanie „zieleni” to polityczna histeria promowana przez osobników, którzy lubią kontrolować innych ludzi. Z tego punktu widzenia jestem całkowicie przeciwny kredytom węglowym lub podatkom węglowym.

Kiedy jednak wczuję się w rolę spekulanta, gorąco je popieram. W tym niszczycielskim nonsensie widzę bowiem okazję do wzbogacania. Być może mówienie na ten temat jest wciąż za wczesne, już dziś spodziewam się ogromnej bańki spekulacyjnej w kosmosie. Szukam więc okazji, aby wejść w nią odpowiednio wcześnie. Spekulant jest cynikiem, a nie filantropem, tym bardziej, że gros filantropów to hipokryci. Obserwując większość ludzi, i widząc, że Green Deal wyprał im mózgi, uważam, że byłoby z mojej strony marnotrawstwem zlekceważenie takiej okazji do zrobienia fortuny.

Opr. AW

[1] Najlepszy dowód, że pomimo wzrostu ceny ropy naftowej w 2021 roku o ponad 100 proc. w stosunku do roku poprzedniego, liczba działających szybów naftowych w USA czy ZEA prawie nie wzrasta – przyp. red.

Na podstawie: International Man opr. AW

Tags: Green Deal, krucjata, Loyola, ostracyzm, religia, węgiel, zmiana klimatu

Related Posts

Previous Post Next Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

0 shares