Euro, czy nie?

Czytelnicy pytają mnie, czy to dobrze, że Polska nie wchodzi do strefy euro? Większość z nich uważa to, co akurat dominuje w mediach, że dla nas, obywateli korzystniej jest jednak pozostać przy własnej walucie, czyli przy PLN. Są też tacy, którzy uważają, ze euro poprawiłoby jednak naszą gospodarkę. Żadna z tych alternatyw nie jest jednoznacznie zła, czy dobra.

Zmiennych tego wyboru jest znacznie więcej. Tutaj wymienimy tylko dwie.

Zepsuty zegar, czyli bank centralny

Odpowiedź na  pytanie: co jest dla Polski lepsze, euro czy polski złoty, sprowadzić można do odpowiedzi na pytanie, czy można regulować czas opierając się na wskazaniach zepsutego (stojącego) zegarka. Można, ale tylko dwa razy dziennie. Prawda jest bowiem taka, że wadliwy mechanizm monetarny, czy to euro, czy złoty jest dla obywateli kraju czasem korzystniejszy, najczęściej jednak szkodliwy.

W obecnej sytuacji złoty, euro, ale i dolar, funt brytyjski, rupia, yen – słowem wszystkie waluty fiducjarne (czyli papierowe) są dzisiaj jednakowo ryzykowne. Dopóki wartość danej waluty regulowana jest przy pomocy jednego człowieka (Mario Draghi z Europejskiego Banku Centralnego), Jerome Powell z FED-u, czy przez grupę ludzi zwanych Radą Polityki Pieniężnej (NBP) dopóty narażeni jesteśmy na korupcję pieniądza. Ustanowienie centralnego planisty, który ustala cenę najważniejszego elementu gospodarki, czyli pieniądza, jest dla obywateli niebezpieczne. Pieniądz, ze względu na swoją powszechność występowania musi być regulowany przez rynek. Rynek nigdy nie pozwoliłby na to, aby cena pieniądza (czyli np. bazowa stopa procentowa) wynosiła zero, czy niekiedy nawet mniej (Szwajcaria, Japonia).

Zarówno w Brukseli, jak i w Warszawie cena pieniądza ustalana jest arbitralnie, jako widzimisię prezesa Draghiego czy Glapińskiego, którzy robią rzekomo wszystko, aby swoimi decyzjami o wysokości stóp (a one zasadniczo decydują o wartości waluty) wspierać gospodarkę. Jak można wspierać gospodarkę niwecząc proces oszczędzanie, bo przecież do tego prowadzi ustalenie ceny kredytu na poziomie ZERO. Kto będzie oszczędzać, jeśli otrzyma w banku za swoje oszczędności zero procent, czy – jak w przypadku strefy euro, Szwajcarii, Japonii –  musi za swoje oszczędności w banku płacić? Dopóki wartość waluty ustalana jest politycznie, czyli uznaniowo, jej nazwa jest bez większego znaczenia.

To, że premier Morawiecki, czy prezes Kaczyński sprzeciwiają się wprowadzeniu euro wynika wyłącznie z tego, że odejście od złotego na rzecz euro pozbawi władzę w Warszawie możliwości manipulowania stopami procentowymi. Innymi słowy, dopóki w Polsce jest PLN, dopóty NBP może wywoływać inflację, czyli spadek siły nabywczej pieniądza. Skutkiem takiej polityki jest spadek stabilności gospodarki, drożyzna, trudności planowania rozwoju etc. Zasłanianie się oddaniem suwerenności nad pieniądzem  Unii jest zasłoną dymną. W rzeczywistości chodzi o to, aby rządzący mogli „tworzyć” pieniądze na własne potrzeby, bo te realne pieniądze tworzymy my, ciężko na nie  pracując!

Czym to jest pieniądz

Jak to możliwe, że rząd (poprzez bank centralny stanowiący de facto część państwa) może kierować ceną pieniądza wynika z dwóch podstawowych wad obecnych systemów monetarnych: (a) państwowego monopolu na emisję pieniądza, oraz (b) istnienia pieniądza papierowego.

Zacznijmy od tego drugiego. Pieniądzem, który jest niezależny od decyzji banków, ministrów, rad polityki pieniężnej etc. jest tylko złoto i srebro. Banknoty papierowe wprowadzono dlatego, aby obrót pieniądzem towarowym (złotem, srebrem) ułatwić, czyli uprościć.  Każdy dolar, euro, złoty miał w takim systemie pokrycie w złocie, co oznacza, że mogły być one wymieniane bez żadnych ceregieli na metal. Nazywał się on standardem złota i w latach 1970. został skorumpowany rzekomo z powodu archaiczności złota/srebra. Ilość pieniądza w obiegu przestała być powiązana z ilością złota, którą ten pieniądz reprezentował. Odtąd już banki emisyjne nie musiały hamować wielkości emisji pieniądza ilością złota w swoich skarbcach. Wystarczyło arbitralne stwierdzenie, że państwo musi sfinansować budowę elektrowni czy programu 500+, by puścić w ruch drukarki i zrobić sobie ile się chce pieniędzy.

Jednakże większa ilość pieniędzy, bez towarzyszącej mu produkcji prowadzi do spadku siły nabywczej waluty. Kiedyś o sile tej decydowały zasoby złota, dzisiaj takiej kotwicy nie ma. Ludzie są okradani z wartości w czasie snu, przez drukarnie pieniądza. Co to za różnica, czy drukarnie drukują euro, czy złotego? Dopóki nie ma pieniądza prawdziwego, czyli złota/srebra, którego podaż (czyli dostępna ilość) regulowana jest uciążliwością kopania  złota lub jego ceną, dopóty nie ma różnicy czy mamy euro, czy złotego.

I taka jest prawidłowa odpowiedź na tytułowe pytanie.

Jan M Fijor

Milionerstwo.pl

Tagi: , , , , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis

Komentarze

  1. Odpowiedz

    Pamiętajmy jednak, że Polska przystępując do Unii zobowiązała się wprowadzić walutę Euro

    1. Odpowiedz

      Primo, nie wszystkich obietnic należy dotrzymywać, co widać po obecnych rządach. secundo, ja nie twierdzę, żeby nie wchodzić do strefy euro, lecz żeby wchodzić z rozwagą. Obecna polityka monetarna UE prowadzi ją na manowce. zamaist Inflacja euro do niczego dobrego nie doprowadzi. Proszę mi wierzyć!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

0 udostępnień