Jak podróżować bezpieczniej i przyjemniej, pozostawiając po sobie dobre wrażenie (I)

Dużo ostatnio podróżowałem lotniczo. A że odbywało się to w rejonach licznie odwiedzanych przez diasporę polską, miałem okazję zauważyć, że większość rodaków nie bardzo wie, jak się w podróży powietrznej zachować. Pomyślałem więc, że – jako wprawny globtroter – podzielę się podstawowymi regułami zachowania, które (a) ułatwiają  nam podróż i życie, (b) czynią je bezpieczniejszymi i tańszymi, a jednocześnie (c) przysporzą polskiej nacji sympatii ze strony współpasażerów i załóg z innych krajów, co w dzisiejszej, skomplikowanej i niebezpiecznej sytuacji geopolitycznej może hordom nadwiślańskich turystów poprawić reputację, a po osiągnięciu wymarzonej destynacji uczynić nasz pobyt naprawdę radosnym.

Oto pierwsza część porad: od momentu pojawienia się na lotnisku z biletem klasy ekonomicznej, poprzez poddanie się tzw. odprawie pasażerskiej (check-in) aż po rewizję z przeszukaniem antyterrorystycznym:

 

  1. Jeśli bardzo boimy się latać, wyobraźmy sobie, że podróż z Warszawy do naszej destynacji, czy to do Bangkoku, Las Palmas czy NYC odbędziemy (alternatywnie) lądem oraz/lub wodą. Zważmy równocześnie, że wypadki drogowe zdarzają się kilkunastokrotnie częściej lotnicze, morskie zaś, parokrotnie częściej. A także, że 1 godzina lotu to mniej więcej 1 dzień jazdy samochodem. To nas powinno uspokoić. Jeśli mimo wszystko nie pomaga, poprośmy znajomego lekarza o pastylkę Xanax. Broń nas, panie Boże, przed dodawaniem sobie animuszu przy pomocy alkoholu. Więcej na temat alkoholu w podróży w kolejnym odcinku;

  1. Wprawdzie prawda obiegowa głosi, że najbezpieczniejsze miejsca w samolotach zlokalizowane są w tylnych rzędach latającej maszyny, w dzisiejszych, niemal bezwypadkowych czasach osobom szczególnie nastawionym na bezpieczeństwo, osobnikom nerwowym i strachliwym polecam mimo wszystko rzędy przednie. Jest tam ciszej i zwykle mniej trzęsie. Ryk silników i turbulencje w powietrzu mogą zepsuć najlepszą podróż;

 

  1. Miejsca przy oknie są dobre dla małych dzieci i to tylko w początku podróży, oraz przy lądowaniu. Dojrzały dorosły, dla własnej korzyści wybiera wyłącznie miejsce w przejściu (aisle). Najlepsze są miejsca przy drzwiach awaryjnych. Jednakże, cwane, wielkie linie lotnicze sprzedają je ostatnio za dopłatą (od 40-100 dolarów za jedno miejsce). Istnieją jednak mniej chciwi przewoźnicy, którzy takie miejsca rozdają i wtedy pozostaje ono do uznania ze strony agenta odprawy;

  1. O ile narodowość kapitału – wbrew porzekadłu – nie ma znaczenia, o tyle narodowość linii lotniczej znaczenie ma i to ogromne. Dlatego podróżujemy wyłącznie z przewoźnikami renomowanymi: Qatar, KLM, Emirates, Singapore, American, Lufthansa, Turkish, Quantas, New Zealand. Ethiopian (tak, etiopskie linie, zwłaszcza w rejonach afrykańskich, są bardzo przyzwoite) i paru innych. W liniach tych sprzęt latający jest nowy, sprawny, zadbany, personel uprzejmy, profesjonalny i rzadko strajkuje, a mimo to (a może właśnie dlatego) ceny są tam raczej niskie;

 

  1. Przed podróżą zagraniczną (zwłaszcza w sezonie turystycznym, zwłaszcza w przypadku podróży trwających 5 godzin lub dłużej) pojawiamy się na lotnisku co najmniej na 3 godziny (nawet jeśli wystarczą dwie) przez terminem odlotu. Ten ekstra czas to gwarancja lepszego miejsca. I to nawet wtedy, gdy dokonaliśmy odprawy on-line. Dla takich odpraw przewoźnik przeznacza zwykle gorsze miejsca. Zmiany (czyli apgrejdu) możemy dokonać wyłącznie na lotnisku, w cztery oczy z agentem ds. odpraw. Nonszalancja w zarządzaniu czasem jest kosztowna. Im wcześniej poddajemy się odprawie, tym krócej ona trwa i mniej kosztuje;

 

  1. Odprawa (check-in, wymawiaj: czekin) to zwykle dyskretny pojedynek między niewyspanym (zwłaszcza wczesnym rankiem) lub znudzonym (w godzinach późniejszych) agentem a zdenerwowanym, i co tu ukrywać, agresywnym (bo przestraszonym) pasażerem. Dla własnej wygody bądźmy dla swoich „przeciwników” wyrozumiali i mili. Uśmiech potrafi poprawić nasze miejsce o kilka rzędów do przodu, rzecz jasna, w przejściu. Osoby o ujmującym uśmiechu i miłej powierzchowności (mimo posiadania biletu klasy ekonomicznej) lądują nierzadko w klasie biznesie. Gdyby agent nie odczytał należycie naszych intencji, nie wymachujmy mu palcem przed nosem, powołując się na zasadę, że klient ma zawsze rację, lecz najuprzejmiej jak potrafimy zapytajmy: czy nie dałoby się nieco bliżej, plis?

 

  1. W krajach cudzoziemskich, podczas doprawy dochodzi dodatkowa trudność, jaką jest konieczność posługiwania się językiem obcym. Esperanto jest uniwersalne, ale mało znane, podobnie jak język Mickiewicza i Norwida. I nie pomoże nawet najpiękniej wypowiedziany wers „Pana Tadeusza”, czy „Balladyny”. Dlatego, dla własnego dobra, wyćwiczmy w domu kilka fraz w rodzaju; „ken aj hew a sit in the ajl”, dodając do każdej prośby/zwrotu, rzadko używane nad Wisłą, słowo: plis! Poligloci siedzą zwykle tuż za klasą biznes, osoby niegramotne, za tylnym wychodkiem, chociażby z tego powodu uczmy się języków obcych;

  1. Teraz odprawa bagażowa – jest ona ważną częścią odprawy w ogóle. Pamiętajmy o limitach wagowych. Dwa kilogramy ponad limit, czy nawet kilo mogą nam się wydać niczym, bywają jednak przypadki, gdy od tych stu kilkudziesięciu deko zależeć może nasza podróż. Nie walczmy z agentem. Co najwyżej, zapytajmy: co mam zrobić, jeśli wziąłem za dużo książek i mam nadbagaż? Jeśli do tego pytania dodamy słówko „plis”, 90 procent agentów odprawy przymknie nań oko. Jeśli nie mamy szczęścia, albo samolot jest naprawdę przeciążony, trzeba się pogodzić z losem. Niech nam do głowy nie przyjdzie pomysł znalezienia kogoś, kto ma „prawie pustą” walizkę, bo w tym momencie nasza podróż może się skończyć! Wyjąć nadwyżkę kilogramów i zdeponujmy ją gdzieś;

 

  1. W tym momencie przechodzimy od odprawy do jednej z najważniejszych procedur przedstartowych, jaką jest rewizja, kontrola bezpieczeństwa czy jak kto woli „atak terrorystyczny nas pasażera”. Każdy z zatrudnionych przy skanowaniu nas pracownik bezpieczeństwa marzy o tym, aby schwytać międzynarodowego terrorystę. Pragnienie sukcesu  jest tak silne, że bezpieczniak może go (terrorystę)  dostrzec nawet w spłakanej 80. letniej wdowie. Powód może być naprawdę błahy: prawie zużyta tubka pasty do zębów, która gdy była pełna zawierała 125 (czyli więcej niż 100) mililitrów preparatu, czy ułamany pilnik do paznokci. Jeśli akurat przeoczyliśmy je, najlepiej sami wyrzućmy. Podobnie należy uczynić z buteleczką zawierającą łyk wody czy soku. Płyny, zapamiętajcie to sobie, to najgroźniejsze substancje terrorystyczne. Przekroczenie limitu 100 ml, lub maksymalnej objętości wszystkich naszych pojemniczków (wynoszącej 1000 ml) stawia nas w sytuacji nie do pozazdroszczenia. I znowu, żadnych sporów, analiz logicznych, pytań: a co w tym groźnego, czy komentarzy w rodzaju: nie można traktować każdego jak bandyty – bo możemy nie odlecieć. Zapytać, co należy uczynić, i z uśmiechem polecenie bezpieczniaka wykonać, plis.

 

  1. Różne lotniska, różne służby stosują różne kryteria bezpieczeństwa – jedne żądają zdjęcia butów, inne także i skarpet; jedne każą wyjąć portfel, inne nie; jeszcze innym wystarczy pokazanie okularów, inne wymagają włożenia ich do skanera. Dla naszego własnego dobra doradzam wszystkim pasażerom, aby nie czekając na polecenia ze strony bezpieczniaków (najgorsze w tej branży są kobiety) bez słowa i zmrużenia oka zdjęli buty, skarpetki, wyjęli pasek od spodni, portfel, laptopa, tablet, komórkę, pieniądze, papierowe też, okulary, nauszniki, mufkę, słowem wszystko to, co mamy przy sobie, plis!.

Cdn.

Jan M Fijor

Blog Milion Plus

(milionerstwo.pl)

 

Tagi: , , , , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis

Komentarze

  1. Odpowiedz

    Kompleksowy poradnik. Skorzystam z tych rad

    1. Odpowiedz

      Wkrótce ciąg dalszy porad.
      Może ma pani jakieś pytania? Jestem do usług.

      Ukłony
      Jan M Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

0 udostępnień