Polonizować, czy prywatyzować? Kto jest winien niedoli frankowiczów?

Odwoływanie się do argumentu siły jest

dowodem braku jakichkolwiek

racjonalnych argumentów.

 

Paul Joseph Watson

 

Nasi decydenci nie powinni litować się nad „bankami-lichwiarzami”, a za ich oszukańcze manipulacje kursowe po prostu je spolonizować!

Zarzuty

Tego domaga się prof. Orlikowski[1], oburzony na Jarosław Kaczyńskiego za to, że odstąpił od ścigania banków za przekręty walutowe na franku. Profesor nie precyzuje wprawdzie, na czym ta polonizacja ma polegać, bo przecież polskie banki już są bardzo polskie, a jeśli nawet nie są, to działają w kartelu Związku Banków Polskich, a co do jego polskości nikt nie ma chyba żadnych wątpliwości. Wyraźnie jednak chodzi mu o nacjonalizację nieposłusznych banków. Tego kroku akurat rządowi doradzać nie trzeba. Nacjonalizacja kluczowych przedsiębiorstw jest głównym celem polityków PiS.

Główne zarzuty stawia jednak profesor Orlikowski Szwajcarom:

Wykazałem wcześniej, pisze, że centralny bank Szwajcarii w latach 2004  – 2012 celowo zaniżał kurs franka, aby najpierw jak najwięcej wyeksportować nadwyżek szwajcarskiego kapitału (to jest pieniądza – przyp. jmf) po to, aby potem, gdy podniesie kurs franka, wielokrotnie go pomnożyć po prostu ograbiając tych wszystkich, którzy na sztuczkę „tanich frankowych kredytów” dali się nabrać.

Celowe zaniżanie cen to technika handlowa znana od kilku tysięcy lat, a więc długo przed tym, zanim pojawił się pierwszy bank. Finansowanie sprzedaży, czyli sprzedaż na kredyt, panie profesorze, o ile nie odbywa się pod przymusem, jest racjonalnym sposobem na pozbycie się (ale i kupno) dóbr, których nie można sprzedać/kupić za gotówkę. W taki sposób sprzedaje się garnki Zeptera, odkurzacze Kirby czy luksusowe rejsy wakacyjne. Za niewielką ratę kupujesz duże i atrakcyjne dobro, które n.b. w miarę upływu czasu[2] staje się dla kupującego kredytobiorcy coraz większą zmorą. Czy to jest jednak wina producenta? Albo handlowca?

Na kredycie opiera się największy na świecie rynek, mianowicie rynek nieruchomości. Czy to też jest przekręt? Przecież gdyby nie kredyt hipoteczny, dużo ponad połowa obywateli mieszkałaby nadal w domach czynszowych. To, na jakich warunkach zaciągany jest kredyt, to już osobna sprawa. Jeśli ktoś nie chce ryzykować, tak jak na przykład ja, to z kredytu nie korzysta. Zwłaszcza w Polsce, gdzie kartel Związku Banków Polskich, ogranicza konkurencję na rynku międzybankowym, skutkiem czego zaciąganie kredytu bywa niezwykle ryzykowne.

Mimo to są ludzie, którzy wolą ryzykować niepewność co do wysokości oprocentowania (które w Polsce w długim terminie jest praktycznie a vista) niż mieszkać na czynszu czy przy rodzinie.

Prawdziwi sprawcy niedoli frankowicza

Przyjrzyjmy się teraz zarzutowi wobec Szwajcarów, że zachowują się jak lichwiarz. Odnosi się to do wzrostu ceny kredytu we frankach wywołanym pogorszeniem się parytetu franka wobec złotego. Pomijając fakt, że w warunkach dobrowolności kredytu coś takiego jak lichwa nie istnieje, gwałtowny wzrost kursu franka nie był skutkiem spisku szwajcarskich bankierów, lecz splotu innych okoliczności, z których najważniejsza, to brak standardu złota oraz dyscyplina fiskalna i finansowa rządu szwajcarskiego. Pod nieobecność rynkowego mechanizmu ograniczenia podaży pieniądza, wahania walut mogą być dotkliwe i niekiedy arbitralne. Można podziękować prezydentowi Rooseveltowi, który zaczął odchodzić od standardu złota, prezydentowi Nixonowi, który standard ten wykończył, obecnemu prezesowi Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi, który zmusił narodowy bank Szwajcarii do sztywnego podwiązania kursu franka z kursem „nadmuchanego” euro, a przede wszystkim polskim politykom, którzy bardziej dbają o iluzję równości i sprawiedliwości społecznej, niż o wzrost gospodarczy.

To słabość gospodarki polskiej oraz konserwatywna polityka monetarna Szwajcarów doprowadziły do zasadniczego pogorszenia się parytetu złotego wobec franka.

Szwajcarski bank centralny zachowywał się w całej tej sprawie znacznie bardziej racjonalnie i sprawiedliwiej (o ile to słowo cokolwiek znaczy) niż Związek Banków Polskich. Dzięki stworzeniu przez Szwajcarów konkurencji bankowi centralnemu Polski, czyli NBP, wiele tysięcy osób stać było na kupno i spłatę kredytu mieszkaniowego.

Czy prof. Orlikowski już zapomniał, że pewnym okresie różnica między kosztem kredytu złotówkowego w polskich bankach komercyjnych (ok. 9 procent), a tym, co oferowali Szwajcarzy (niespełna 2 procent) wynosiła ok. 350 procent. To, że potem ryzyko walutowe wzrosło o ok. 120 procent, nie jest winą Szwajcarów, lecz Europejskiego Banku Centralnego, oraz NBP. Związku Banków Polskich i polskiego Sejmu – a więc instytucji, które umożliwiają bankom fałszerstwo i oszukańczą kreację pieniądza w majestacie prawa.

Wolność wyboru

Dalsza polonizacja sektora bankowego może Polaków kosztować znacznie więcej niż wynoszą straty frankowiczów. Problemem nie jest bowiem narodowość właścicieli banków, lecz ich uczciwość, profesjonalizm, a także preferencje ideowe. Na podobną chorobę cierpi większość banków centralnych świata, które w ramach obowiązującego paradygmatu bankowości centralnej, jako arbitra polityki monetarnej i instytucji ostatniej szansy, odeszły od wolnego rynku, zmonopolizowały politykę pieniężną, cynicznie opierając swoją kondycję na gwarancjach rządowych finansowanych z naszych podatków. Taka polityka, bez względu nas to, czy spolonizowana czy nie, pod nieobecność mechanizmu kontrolującego podaż, czyli standardu złota, prowadzi do chimerycznego rynku pieniądza, korupcji, a w konkluzji do kryzysów.

Utrzymywanie przez prof. Orlikowskiego w takich warunkach, że

kłamstwem jest twierdzenie jakoby szkodliwy wpływ na polską gospodarkę  miała spowodować splata kredytów po kursie dania ich zaciągnięcia,

czy że

skutkiem spłaty zawyżonych rat kapitałowych przez kredytobiorców frankowych jest obniżenie wydatków gospodarstw domowych na zakupy dóbr konsumpcyjnych, co przekłada się na spadek tempa wzrostu PKB, które wystąpiło już w 2016 r. ,

a wreszcie, że

skutek ten będzie trwał dopóty, dopóki frankowicze będą spłacali swoje zawyżone raty kredytowe

brzmi jak żart.

Zawyżone raty, czy zawyżoną cenę czegokolwiek można płacić wyłącznie pod przymusem. Jeśli chcemy, aby nie było przymusu, zlikwidujmy kartel bankowy, system rezerwy cząstkowej, a najlepiej bank centralny. Ten ostatni postulat brzmi jeszcze jak utopia, ale przyjdzie taki czas, że jedyną alternatywą dla upadku gospodarczego będzie urynkowienie banków i uwolnienie ich spod klosza opieki państwa. Chyba, że wcześniej bankierzy i politycy zakażą nam korzystania z gotówki; marzą o tym.

Jeśli ktoś mimo wszystkich zagrożeń i ryzyk decydował się na kredyt, i to bez względu w jakiej walucie, to jest to wyłącznie jego sprawa. Albo, poprawniej, jest to kwestia między nim a bankiem, ewentualnie z pośrednictwem sądu. Obciążanie reszty obywateli kosztami utopii, iluzji czy kaprysów garstki ryzykantów jest, co najmniej, niemoralne. Cały problem frankowiczów wziął  się stąd, że państwo pozwala żyć jednym, na koszt drugich, nazywając to redystrybucją w imię sprawiedliwości społecznej. Życie bardziej przypomina kasyno niż ubezpieczalnię, a przecież trudno sobie wyobrazić, żeby kasyno oddawało przegranym ich dobrowolną stratę.

Chciwość

Profesor Orlikowski jest jednak zdania, że wszyscy obywatele mają obowiązek finansować głupotę i swawole swoich bliźnich. Oto co pisze dalej:

     Prezesi banków, które dawały  kredyty frankowe mają o co walczyć, bo osiągnęli na tym procederze nadzwyczajne zyski, za które otrzymali też wysokie dywidendy i bonusy. Przypomina też, że prezesi większych POLSKICH banków zarabiają średnio 2-3 mln rocznie, a niektórzy nawet do kilkunastu milionów banków.

Jak to możliwe, że w konkurencyjnej gospodarce ktoś zarabia więcej niż zasługuje (bo do tego sprowadza się zarzut prof. Orlikowskiego)?

Kto wypłaca prezesowi Millenium 4 miliony rocznie? Spółka, do której bank należy. Czyżby jej akcjonariusze poszaleli? Jeśli tak, niech poniosą karę za swe szaleństwo. Czy to możliwe, że cały sektor bankowy posiadany jest przez wariatów? Powoływanie się na niezorientowanych w kwestiach bankowości decydentów politycznych, którzy wymuszają na bankach takie wysokie uposażenia prezesów przeczy doświadczeniu. Bez zgody Rady Nadzorczej, czy WZA coś takiego nie byłoby możliwe. Jeśli jest, to znaczy, że albo banki nie podlegają mechanizmom rynkowym, lecz politycznym, albo prezesi są warci tych pieniędzy. Polonizacja niczego nie zmieni. To znaczy, zmieni, na gorsze.

I dalej:

Jestem byłym bankowcem i mogę odpowiedzialnie stwierdzić, że bank to dobrze zorganizowane przedsiębiorstwo, działające rutynowo na zasadzie „samograja”.  Jeżeli prezes w takim „samograju” ma jakąś rolę do spełnienia, to tylko taką, „Jak wymyślić nową sztuczkę i zastosować nowy chwyt”, który pozwoli powiększyć dochody banku, powiększyć dywidendy udziałowców i w nagrodę otrzymać od nich  zgodę na wyższe wynagrodzenie i dodatkowe bonusy!

Moim zdaniem prowadzenie banku w warunkach istnienia systemu rezerwy cząstkowej, to rzeczywiście samograj. Jak zatem wyjaśnić tak wysokie zarobki prezesów? Skoro sama praca nie wymaga od nich żadnych specjalnych umiejętności, to przecież nie powinno być trudności ze znalezieniem kogoś, kto zamiast za 4 miliony zgodzi się pracować za 1 milion, czy nawet mniej. Wyjaśnienie podane przez prof. Orlikowskiego, że wystarczy wymyślić sztuczkę, mnie nie satysfakcjonuje. Założyciele Amber Gold zademonstrowali dużą pomysłowość w biznesie i skończyli w kryminale.

Może więc sztuką ze strony prezesów banków jest właśnie zarobić i uniknąć kryminału, albo może istnieje jakieś super ciało, które ich nominuje?

Profesor pisze, że dla ratowania kieszeni kredytobiorców (frankowiczów) wystarczyłoby

„respektować spłaty rat kapitałowych według kursu, po którym kredyty te były udzielane”, dlaczego zatem nikt się na takie rozwiązanie nie zdecydował?

Czyżby wszystkich polskich prezesów banków zniechęcała perspektywa automatycznego „skurczenia się zysków z oprocentowania, z których już zostały wypłacone dywidendy udziałowców oraz podwyższone wynagrodzenia prezesów”? Nie chce mi się wierzyć. Gdyby maksymalizacja uposażeń była głównym motywem działania prezesów, ceny produktów i wyniki przedsiębiorstw byłyby podobne. Tymczasem nie są. Wydajność pracy w prywatnym Amoco jest wielokrotnie wyższa niż w quasi państwowym Orlenie, a wysokość uposażeń ich prezesów jest odwrotnie proporcjonalna. Ogromny Citibank jest znacznie mniej rentowny niż miniaturowa Unia Kredytowa Selfreliance z Chicago.

Opieranie jakiegokolwiek biznesu wyłącznie na nieposkromionej chciwości, w warunkach konkurencji rynkowej jest złudzeniem. Sama chciwość nie wystarczy. Chciwość jest przeciwieństwem przewagi konkurencyjnej. Zmonopolizowanie sektora czy branży przez ludzi chciwych kończy się zwykle pojawieniem się na rynku konkurenta, który ma bardziej wyrafinowane gusta. Chciwość, jako motyw działania może mieć miejsce wyłącznie w warunkach stosowania przemocy. I znowu trudno Szwajcarów czy nawet polskie banki obwiniać a to, że sektor, w którym pracują działa pod osłoną polityków. Jeśli bankierzy są chciwi, to tylko dlatego, że im chciwi łatwego kredytu politycy na to pozwalają.

Polonizacja banków proces ten tylko nasili. Zniknie bowiem zróżnicowanie pochodzenia banków stanowiące jednak jakąś formę konkurencji. Po polonizacji banki będą wyłącznie polskie, co nawet z marketingowego punktu widzenia nie jest dobrym pociągnięciem. Jeśli zdaniem prof. Orlikowskiego banki nie dotrzymały umowy z frankowiczami, powinien to stwierdzić polski, czy jakiś inny sąd, i je ukarać.

W ogóle, jeśli profesor Orlikowski chce uchronić kogokolwiek przed manipulacjami bankierów niech raczej domaga się likwidacji banku centralnego, a wcześniej jeszcze  zaprzestania absurdalnych procedur ustalania stóp procentowych i wysokości podaży pieniądza przez grono namaszczonych ślepców. Pieniądz jest takim samym towarem jak cebula, bilet do kina czy buty – jego cena powinna być ustalana na wolnym rynku. Zamiast polonizacji i dalszego upolityczniania banków, potrzebne nam jest przywrócenie standardu złota, rynku i wolności decydowania o owocach naszej pracy. I tego powinni się zacząć dopominać światli polscy ekonomiści. Nie zapominając, że wolności podejmowania decyzji musi towarzyszyć własne odpowiedzialność za te decyzje.

Jan M Fijor

[1] Punktem wyjścia dyskusji nad losem frankowiczów, w tym i niniejszej polemiki są poglądy prof. Leona Orlikowskiego wyłożone m.in. na blogu Milion plus (https://milionerstwo.pl/zemsta-ekonoma/, oraz https://milionerstwo.pl/jak-w-szwajcarskim-banku/).

[2] Patrz: teoria malejącej użyteczności krańcowej.

Tagi: , , , , , , , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis

Komentarze

    • ZQW
    • 19 lutego 2017
    Odpowiedz

    Zaniżony kurs franka??? Frank był przez dziesięciolecia praktycznie spegowany z marką niemiecką na poziomie 1.10-1.20 marki za franka. Dopóki wierzyło się, że euro będzie tak silne jak marka, co politycy obiecywali, kurs franka do euro był dalej stabilny. Dopiero jak stało się jasne, że euro jest walutą poniekąd szmatławą , kurs franka poszybował do góry. Pretensje należy wnosić do zarządców wspólnej waluty euro, która nie okazała się tak stabilna jak niemiecka marka. Oczywiście NBP też ponosi część winy, gdyż widząc, że ma miejsce carry trade między frankiem a złotym, nie reagował we właściwy sposób, tj. obniżając stopy procentowe i skupując franka , nie dopuszczając do sztucznego zawyżenia kursu złotówki.
    Jednakże, post factum, każdy jest mądrzejszy. Być może nawet, NBP nie miał większych możliwości reagowania na sytuację, gdyż złotówka jest walutą w pełni wymienialną i NBP bardzo rzadko dopuszcza się interwencji walutowych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Array 0 udostępnień