Biedni i bogaci – manipulacje statystyką

Statystyki dochodowe

(Thomas Sowell, fragment książki Bieda, bogactwo i polityka, Fijorr Publishing Warszawa 2016).

Istnieją dwa zasadniczo różne rodzaje statystyk wykorzystywanych do ilustrowania rozkładu oraz zmian dochodów w czasie – a ich stosowanie prowadzi do dwóch diametralnie różnych wniosków.

Statystyki dochodowe pierwszego rodzaju uwzględniają dochody tych samych osób w okresie, jaki obejmują poszczególne badania. Zupełnie inne statystyki – te najczęściej cytowane w mediach, polityce i środowisku akademickim – powstają przez zestawienie dochodów zbioru ludzi należących w badanym roku do kategorii takich jak najwięcej zarabiające 20 procent, najmniej zarabiające 20 procent oraz przedziały pomiędzy nimi. Seria takich zestawień tworzonych przez wiele lat służy następnie jako baza do wyciągania wniosków na temat dochodów osiąganych przez osoby należące do poszczególnych kategorii.

Ten drugi rodzaj statystyk przedstawia się często jako dowód na to, że dochody ludzi w przedziale górnym („bogatych”) rosną w porównaniu do dochodów ludzi w przedziale dolnym („biednych”) i pozostałych. Twierdzenia, że „w Ameryce zwiększa się przepaść między bogatymi a biednymi”, od dekad nieustannie pojawiają się w mediach – na przykład w „New York Timesie” czy „Washington Post”, na łamach którego felietonista E. J. Dionne opisał „bogatych” jako „jedynych ludzi, których dochody w ostatnich latach wzrosły”, dodając, że grupa ta jest „niedostatecznie opodatkowana” Książki takie jak The Fair Society [Sprawiedliwe społeczeństwo – przyp. tłum.] Petera Corninga z Uniwersytetu Stanforda powtarzają ten sam pogląd, według którego „przepaść dochodowa między najbogatszymi i najbiedniejszymi członkami naszego społeczeństwa rośnie w niepokojąco szybkim tempie”[iii].

Choć twierdzenia te, tak konsekwentnie promowane w środowiskach politycznych i akademickich i tak chętnie nagłaśniane w mediach, komentuje się, jak gdyby dotyczyły dochodów konkretnych grup ludzi w danym czasie – „bogatych” oraz „biednych” – w rzeczywistości są to porównania dochodów poszczególnych kategorii, w skład których wchodzą stale zmieniające się zbiory ludzi. Jednostki przemieszczają się między przedziałami dochodowymi w toku kariery, zaczynając na niskopłatnych, niewymagających stanowiskach i z biegiem czasu gromadząc wiedzę, doświadczenie i umiejętności cenione na rynku pracy. Ci, którzy zamiast wykonywania pracy etatowej decydują się na założenie działalności gospodarczej, również pną się w górę, zdobywając coraz szersze grono klientów, co przekłada się na wzrost dochodów.

Badania, które dotyczą tego samego zbioru jednostek, sugerują wnioski nie tylko inne, lecz zupełnie przeciwstawne w porównaniu do badań uwzględniających dochody grup, do których należą stale zmieniający się ludzie na różnych etapach karier zawodowych. Badania przeprowadzone przez uczonych z Uniwersytetu Michigan, którzy w latach 1975–1991 prześledzili dochody konkretnych pracujących Amerykanów, pokazały, że realne dochody osób początkowo należących do dolnych 20 procent z biegiem lat rosły w coraz szybszym tempie oraz o kilkukrotnie większe kwoty niż realne dochody osób, które w 1975 roku zaliczały się do najbogatszych 20 procent[iv].

95 procent ludzi znajdujących się początkowo w dolnym kwintylu w 1991 roku należało do jednego z kwintyli wyższych. 29 procent spośród tych, którzy zaczynali na dnie, awansowało do górnych 20 procent. W tym samym okresie ludzie zaliczający się początkowo do 20 procent najlepiej zarabiających odnotowali najmniejszy wzrost realnych dochodów – zarówno w ujęciu procentowym, jak i kwotowym. Suma, o którą w rozpatrywanym przedziale czasowym wzrosły dochody najlepiej zarabiających, nie stanowiła nawet połowy przyrostu w żadnym z pozostałych kwintyli.

Choć te schematy empiryczne wydają się zupełnie niezgodne z dominującą w mediach i polityce narracją o bogaceniu się „bogatych” i ubożeniu „biednych”, nie ma nic niezwykłego w prozaicznej prawidłowości, zgodnie z którą osoby zaczynające na dnie, pracując na najniższych stanowiskach, z biegiem lat zazwyczaj pną się w górę, osiągając jednocześnie coraz wyższe dochody. Tymczasem ci, którzy osiągnęli już wiek średni – kiedy to ludzka produktywność oraz dochody są z reguły najwyższe – prawdopodobnie nie doświadczą już względnie wysokich podwyżek.

Późniejsze badania oparte na danych amerykańskiego urzędu skarbowego dotyczących dochodów wybranych obywateli, którzy składali zeznania podatkowe w latach 1996–2005, dały bardzo zbliżone wyniki. Ci, którzy początkowo zaliczali się do najbiedniejszych 20 procent analizowanej grupy, w ciągu dziesięciu lat odnotowali 91-procentowy wzrost dochodów – inaczej mówiąc, ich zarobki niemal się podwoiły. Ci z kolei, którzy początkowo zaliczali się do niesławnego „1 procenta”, musieli pogodzić się ze spadkiem dochodów o 26 procent. Znów, jak widzimy, fakty stoją w sprzeczności z powszechnym przekonaniem o rosnącej „przepaści” między bogatymi a biednymi opartym na statystykach mierzących zmiany zachodzące z biegiem czasu w obrębie abstrakcyjnych kategorii – przedziałów dochodowych złożonych ze stale zmieniających się zbiorów jednostek – które następnie omawia się tak, jakby przedstawiały zmienność dochodów ludzi z krwi i kości.

Analogiczne badania przeprowadzone w Kanadzie, w ramach których przeanalizowano dochody wybranych osób z lat 1990–2009, dały podobne wyniki. Kanadyjczycy, których dochody początkowo plasowały ich w dolnych 20 procentach, doświadczyli szybszego i znaczniejszego wzrostu zarobków niż ci, którzy zaliczali się do pozostałych kwintyli. Również w Kanadzie statystyki dotyczące konkretnych osób w danym okresie zarysowały jednak obraz zupełnie różny niż statystyki ilustrujące zmiany, jakie zaszły w tym okresie w kategoriach dochodowych. Tak jak w Stanach Zjednoczonych, dochody w przedziałach górnych rosły tam szybciej niż w przedziałach dolnych – i, tak jak w Stanach Zjednoczonych, traktowano to jako odzwierciedlenie zmian dochodów konkretnych zbiorów ludzi.

Niestety, badania statystyczne dotyczące dochodów konkretnych osób na przestrzeni lat są bardziej kosztowne niż względnie proste sporządzanie kompilacji danych obrazujących dochody abstrakcyjnych przedziałów, w skład których wchodzą rozmaici ludzie na różnych etapach kariery zawodowej. Trudno się zatem dziwić, że amerykański urząd statystyczny oraz inne instytucje zbierające statystyki publikują znacznie więcej tego typu analiz. Nie przeszkadza to konsekwentnie powoływać się na nie komentatorom politycznym, którzy na tej podstawie podział na „bogatych” i „biednych” przedstawiają jako poważny problem społeczny, tymczasowe przystanki ludzi na drodze przez kolejne przedziały dochodowe traktując jako ich stałą sytuację ekonomiczną.

Troska o los innych jest zrozumiała i godna pochwały, nie należy jej jednak mylić z obsesją na punkcie liczb w abstrakcyjnych kategoriach. Profesor Thomas Piketty, który w przyjętej z wielkim uznaniem książce Kapitał w XXI wieku twierdzi, że „najwyższy decyl stanowi świat sam w sobie”[ix], ignoruje fakt, że większość amerykańskich gospodarstw domowych – 56 procent – w jakimś momencie istnienia (najczęściej w późnych latach) zalicza się do najlepiej zarabiających 10 procent. W przypadku większości Amerykanów zawiść wobec górnych 10 procent oznaczałaby więc zawiść wobec samych siebie. Zjawiska tego nie można nawet nazwać „walką klas”, lecz pomyleniem klas społecznych z przedziałami wiekowymi.

Statystyki dotyczące rozbieżności dochodowych niemal odruchowo traktowane są jako odzwierciedlenie zróżnicowania klas społecznych. O innych ewentualnościach z reguły nawet się nie wspomina. W mediach głównego nurtu przedstawia się gotowe wnioski, a na wyjaśnienie, w jakim zakresie statystyki te odnoszą się do ludzi znajdujących się w różnych przedziałach wiekowych, a w jakim do ludzi należących do różnych klas społecznych, nie ma co liczyć. Statystyki, o których mówi się w mediach z taką gorliwością, są często jak najbardziej prawdziwe, a jednak kompletnie mylące.

Gdy dzieci mają mniejsze dochody lub majątki niż ich rodzice, którzy z kolei mają mniejsze dochody lub majątki niż ich dziadkowie, to coś zupełnie innego, niż gdy dane jednostki żyją w biedzie lub bogactwie „od kołyski aż po grób” – mimo to powszechnie insynuuje się, że to na ten drugi model wskazują liczby. Przedstawiona w postaci statystyk – i tylko w ten sposób – sytuacja wnuków może nie różnić się od sytuacji ich dziadków. Nawet jeśli dane obejmują tylko ludzi dorosłych, osoby młodsze nie różnią się od starszych tylko z punktu widzenia statystyk – a rozbieżności ekonomiczne między ludźmi w różnym wieku to nie to samo co rozbieżności ekonomiczne między klasami społecznymi[1].

Nawet do niesławnego „najbogatszego 1 procenta”, tak często komentowanego w mediach, w jakimś momencie życia należy 12 procent Amerykanów. To, co profesor Paul Krugman nazywa „zaklętym kręgiem 1 procenta”, jest najwidoczniej zaklęte jedynie tymczasowo, bowiem większość ludzi zaliczanych do niego w 1996 roku dziesięć lat później już do niego nie należała. Według profesora Piketty’ego, ludzie zarabiający więcej niż pozostałe 99 procent nie tylko żyją we własnym, odseparowanym świecie, lecz także „wyróżniają się na tle reszty kraju” i „wyraźnie wpływają na ogólny krajobraz społeczny oraz porządek polityczny i gospodarczy”. Osoby te stoją na szczycie opisywanej przez niego „hierarchii majątkowej” i „struktury nierówności”.

Istnieje jednak zasadnicza różnica między strukturą a procesem. Piketty nie bierze pod uwagę procesu, jakim jest często znaczna zmiana wysokości dochodów ludzi w trakcie ich życia – lub nawet w ciągu dekady. W latach 1996–2005 większość podatników zmieniła kwintyle; tak samo było we wcześniejszym dziesięcioleciu. Dla przykładu, 42 procent ludzi początkowo należących do kwintylu środkowego awansowało do kwintylu wyższego, 25 procent spadło do niższego, a tylko 33 procent w nim pozostało.

Rotacja jest tym większa, im większe są dochody. Mniej niż połowa ludzi zaliczanych do 1 procenta najlepiej zarabiających pozostała w nim do końca dekady, a tylko około jedna czwarta szczęśliwców z jednej setnej 1 procenta najlepiej zarabiających w 1996 roku utrzymała tę pozycję do roku 2005. Dochody większości z nich spadły w tym okresie co najmniej o połowę. Zgodnie z tą tendencją, rotacja jest jeszcze gwałtowniejsza pośród czterystu podatników o najwyższych dochodach w kraju – wielokrotnie przewyższających średnie dochody jednego procenta najbogatszych. Spośród czterystu najlepiej zarabiających osób w Stanach Zjednoczonych w 1992 roku mniej niż jedna czwarta znalazła się na tej liście więcej niż raz w okresie do roku 2000, a tylko 13 procent więcej niż dwa razy[xx]. Najwyższe dochody – górnego 1 procenta, jednej setnej górnego 1 procenta czy czterystu najbogatszych ludzi w kraju – w znakomitej większości przypadków pochodzą z inwestycji, a te charakteryzują się zdecydowanie większą zmiennością niż pensje.

Krótko mówiąc, osoby znajdujące się w gronie czterystu najlepiej zarabiających w kraju należą do niego tymczasowo, a panująca w nim rotacja zachodzi jeszcze gwałtowniej (w tym przypadku w efekcie pojedynczego skoku dochodu raz na dziewięć lat) niż w pozostałych przedziałach dochodowych. Niezależnie od tego, czy ten szczególnie owocny rok zawdzięczają oni otrzymaniu spadku, sprzedaży aktywów zakumulowanych we wcześniejszych latach, czy innym powodom, tego typu „chwilowa” przynależność do kategorii najlepiej zarabiających nie czyni ich wiarygodnymi kandydatami do ról potężnych, złowieszczych „władców świata”, które przypisuje im polityczno-ideologiczna retoryka. Nie znaczy to, że nie są to ludzie bogaci, prowadzący styl życia diametralnie różny od reszty społeczeństwa. Nie są jednak ludźmi, jako których przedstawia się ich w debacie publicznej – od lat zarabiającymi najwięcej w kraju i niezmiennie pozostającymi na szczycie.

Kluczowym błędem w rozumowaniu Piketty’ego jest słowne przekształcenie płynnego, rozłożonego w czasie procesu w sztywną strukturę, na szczycie której znajduje się mniej lub bardziej stały 1 procent najbogatszych, żyjących w izolacji od reszty społeczeństwa pozostającego rzekomo pod ich kontrolą. Bez względu na to, jak bardzo wizja ta pasuje do powszechnych przekonań i uprzedzeń, jest ona sprzeczna z łatwo dającymi się wykazać faktami.

Pracę Piketty’ego chwalono za obfitość statystyk z wielu krajów świata. Jak mówił jednak Joseph A. Schumpeter, „nieważne, że przemierzyłeś świat wzdłuż i wszerz, jeśli przez cały czas miałeś klapki na oczach”[xxi]. Sprawdzenie wiarygodności prezentowanych przez Piketty’ego statystyk byłoby monumentalnym wyzwaniem – i być może niewartym poświęconego czasu i wysiłku, jako że ważniejsze pytanie dotyczy rzetelności wysnuwanych na ich podstawie twierdzeń. Warto przy okazji zwrócić uwagę, że wielokrotnie przywoływanym przez Piketty’ego danym, według których najwyższa stopa podatku dochodowego za czasów prezydenta Herberta Hoovera wynosiła 25 procent, przeczą oficjalne dokumenty Internal Revenue Service[2] wskazujące, że stopa ta w 1932 roku wynosiła 63 procent.

Kolejnym źródłem zamieszania w dyskusji o nierównościach ekonomicznych między ludźmi jest nierozróżnianie dochodów i bogactwa. Dochody i bogactwo to dwie zasadniczo różne rzeczy i nie można wysnuwać wniosków co do jednej, bazując na statystykach dotyczących drugiej. Nazywanie „bogatymi” ludzi o wysokich dochodach to jeden z przykładów takiej nieścisłości. Bycie bogatym oznacza posiadanie zakumulowanego bogactwa, nie zaś wysokiego dochodu w danym roku. Nie jest to jedynie kwestia semantyki. W praktyce podnoszenie stopy podatku dochodowego po to, by zmusić „bogatych” do płacenia niesprecyzowanej „uczciwej doli” to kompletny nonsens, ponieważ podatku dochodowego nie płaci się od posiadanego bogactwa. Podatek ten nakładany jest na osoby, które starają się bogactwo zgromadzić, natomiast tych, którzy posiadają już duże majątki (czy to zgromadzone osobiście, czy też odziedziczone), nie dotyczy.

Pochwały dla miliarderów, którzy opowiadają się za wyższymi stopami podatku dochodowego, są zupełnie niezasłużone, gdyż niezależnie od tego, jak wysokie by one były, ich fortuny pozostaną nietknięte. Ewentualnymi podwyżkami obciążeni zostaną ci, którzy dopiero próbują się dorobić i zgromadzić bogactwo, które po śmierci będą mogli zostawić swoim rodzinom.

Ton dyskusji na temat statystyk ilustrujących „rozkład dochodów” implikuje założenie, że ludzie zaliczający się do wyższych przedziałów dochodowych otrzymują nieproporcjonalnie dużą część sumy dochodów i, co gorsza, odbywa się to kosztem tych, którzy zaliczają się do przedziałów niższych. Inaczej mówiąc, według wielu „bogaci” bogacą się, czyniąc „biednych” jeszcze biedniejszymi. Niektórzy, jak na przykład felietonista „Washington Post” Eugene Robinson, wyrażają ten pogląd bez ogródek: „Bogaci bogacą się kosztem nie tylko biednych, lecz także klasy średniej”. „Nie-bogatych” członków społeczeństwa Robinson określa „cierpiącymi od lat ofiarami wyższej warstwy, będącej z nimi w stanie nieoficjalnej, lecz dewastującej wojny”.

Niemniej pan Robinson nieumyślnie zrobił coś pożytecznego, wyciągnął bowiem z cienia powszechny pogląd, którego fałszywość wychodzi na jaw przy dokładnej analizie w świetle dnia. Zostawmy na chwilę założenie, że tym samym są trendy w statystykach dotyczących przedziałów dochodowych o stale zmieniającym się składzie oraz konkretnych grup ludzi zwanych „bogatymi” i „biednymi”. Zgódźmy się ten błąd tymczasowo zignorować i skupmy się na pozostałej części rozumowania.

Nawet gdy większa część całkowitej sumy dochodów trafia do najlepiej zarabiających, nie powstrzymuje to znaczącego wzrostu dochodów w przedziale dolnym. Dla przykładu, w latach 1985–2001 część dochodów przypadająca na dolne 20 procent amerykańskich gospodarstw domowych spadła z 4 do 3,5 procent ich całkowitej sumy, a mimo to ich średnie realne dochody wzrosły o tysiące dolarów. Dane te nie uwzględniają dobrze udokumentowanego faktu, że większość ludzi znajdujących się początkowo w dolnym kwintylu z biegiem czasu awansuje do kwintyli wyższych. Lecz nawet jeśli wszyscy oni pozostaliby na dnie, liczby dowodzą, że rosnąca wysokość oraz część dochodów „bogatych” nie uczyniłaby ich biedniejszymi.

Absolutny wzrost realnych dochodów w dolnym kwintylu nastąpił w czasie, gdy rosła również liczba miliarderów – którzy, według ludzi takich jak Eugene Robinson, prosperują kosztem biednych. Co więcej, w większości gospodarstw domowych należących do dolnych 20 procent pod względem dochodów ani jedna osoba nie pracuje – nie jest zatem jasne, co „bogaci” mogliby odbierać ludziom, którzy nie wytwarzają żadnej wartości.

[1] Młodym ludziom wyprowadzenie wartości swojego majątku netto „na zero” często zajmuje kilkanaście bądź nawet kilkadziesiąt lat, ponieważ na wczesnym etapie życia często się zadłużają – biorą kredyty studenckie lub hipoteczne, pożyczki na samochody czy wyposażenie domu – na kwoty znacznie przewyższające ich oszczędności. Natomiast ludzie po sześćdziesiątce w większości przypadków już dawno spłacili swoje długi i przez dekady mogli akumulować bogactwo w postaci oszczędności, nieruchomości czy funduszy emerytalnych. Tego rodzaju rozbieżności w bogactwie związane z wiekiem mogą być znaczne, lecz są zupełnie niezwiązane z nierównościami między klasami społecznymi.

[2] Amerykańska agencja rządowa zajmująca się ściąganiem podatków [przyp. tłum.].

 

Tagi: , , , , , , , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis

Komentarze

  1. Odpowiedz

    Bardzo ciekawy i inspirujący artykuł.

    > Badania przeprowadzone przez uczonych z Uniwersytetu Michigan

    mógłby Pan podać linka do tych badań? Jak duża była próba badawcza? USA to jest coś 318 milionów ludzi, konkluzje na temat ekonomi wysnute na podstawie badań kilkuset osób nie są wiarygodne.

    Mówienie o manipulacji statystyką jest przesadą. Poza tym unika Pan rzeczowej konfrontacji z oponentem. Jeśli grupa osób mniej zarabiających powiększa się to znaczy, że jednak nierówności rosną, nawet jeśli niektórzy ubodzy się bogacą, prawda? To, że jacyś amerykańscy naukowcy znaleźli grupe biednych, która się wzbogaciła niczego nie dowodzi. Nie da się śledzić życia ekonomicznego 318 milionów obywateli na przestrzeni dziesiątek lat, chyba jest Pan tego świadomy? Agregacja danych statystycznych jest bardziej wiarygodna w tym wypadku. Proszę nie nazywać tego manipulacją, jest to tani chwyt retoryczny.

    > Dla przykładu, w latach 1985–2001 część dochodów przypadająca na dolne 20 procent amerykańskich gospodarstw domowych spadła z 4 do 3,5 procent ich całkowitej sumy

    wzrost dochodów najuboższych faktycznie miał miejsce. Nie zmienia to jednak faktu istnienia nierówności. Dochody ubogich mogą rosnąć, ale jeśli dochody najbogatszych rosną jeszcze szybciej to przepaść dochodowa się powiększa, co może rodzić problemy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Array 0 udostępnień